Chorzy do pracy? To żadna innowacyjność! Pandemia i konieczność regulacji pracy platformowej

Zuzanna Kowalik
Zuzanna Kowalik
Absolwentka socjologii na Uniwersytecie Warszawskim i studentka ekonomii w Szkole Głównej Handlowej. Stypendystka Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Współautorka monografii pt. "#FutureInsights: Technologie 4.0 a przemiany społeczno-gospodarcze" wydanej przez Fundację Instrat i SGH. Jej zainteresowania akademickie skupiają się na procesach pracy w zglobalizowanej gospodarce cyfrowej.

Nowy kryzys stanowi zagrożenie szczególnie dla zatrudnionych w branżach najbardziej uelastycznionych, gdzie prawa pracownicze w ogóle nie obowiązują. Z drugiej strony istnieje szansa, że właśnie zagrożenie dla zdrowia publicznego, zmusi nas do dostrzeżenia, że wszyscy pracownicy zasługują na godność, bezpieczeństwo i dochód pozwalający przeżyć.


Kiedy mowa o aplikacjach czy platformach internetowych, które w ostatnich latach zmieniły rynek usług, w pierwszej kolejności wymieniony będzie zapewne Uber. Napisano o nim już wiele – jedni są zachwyceni nowatorskim pomysłem i wygodą dla konsumenta, inni zarzucają korporacji, że gra na nierównych zasadach i stanowi nieuczciwą konkurencję dla branży taksówkarskiej: obniża poziom usług, stosuje dumpingowe ceny. W polskiej dyskusji o Uberze zbyt mało miejsca poświęca się jednak jego wpływowi na rynek pracy i prawa pracownicze kierowców. Widać to chociażby w rozwiązaniu regulacyjnym, które w 2019 r. w sprawie Ubera przyjął polski rząd – chodzi w nim bardziej o „wyrównanie boiska” niż o prawo pracy, które Uber po prostu omija.

Tymczasem praca platformowa, czyli praca właśnie za pośrednictwem uberopodobnych platform, to kwestia poruszana w ostatnich latach coraz chętniej przez ekspertów prawa pracy i europejskie związki zawodowe. Wymieniana jest jako wyzwanie jednym tchem obok automatyzacji czy robotyzacji. Platformy nie tylko bowiem wpływają na rynek usług, ale przekształcają również rynek pracy, czyniąc pracę bardziej rozdrobnioną, niepewną i utowarowioną.

Platformy jako miejsca pracy

Wśród wszystkich platform (czyli stron internetowych lub aplikacji), dzięki którym możemy zarabiać pieniądze na sprzedaży swojej pracy, można wyróżnić dwie kategorie: pierwsza to platformy, na których można zlecać i wykonywać zlecenia online. Użytkownicy mogą rywalizować o zlecenia z innymi użytkownikami z całego świata, a następnie wykonać je z każdego miejsca na ziemi z dostępem do Internetu. Najpopularniejszym przykładem takiej platformy jest Amazon Mechanical Turk, który został uruchomiony przez Amazona w 2005 r. Chętni do zarobienia tam kilku dolarów mogą wykonywać takie czynności jak drobne tłumaczenia, wypełnianie ankiet, tagowanie zdjęć (spora część tego typu zadań służy do uczenia sztucznej inteligencji).

Druga kategoria platform to te, które umożliwiają pracę w realnym świecie, ale zlecenie pozyskuje się za pomocą aplikacji. Ursula Huws1 nazywa ten rodzaj działalności online organization of offline work. Aplikacje funkcjonujące w ten sposób to między innymi Uber (przewóz osób), Uber Eats (dostarczanie jedzenia), Handy (sprzątanie, drobne naprawy) czy TaskRabbit (prace domowe). Wachlarz czynności i zadań, które można wykonywać w ten sposób, jest jednak dużo szerszy i ciągle się powiększa.

Platformy z pozoru wyglądają zatem wyłącznie jak neutralne miejsce, w którym popyt na usługę spotyka się z podażą – osoby szukające danej usługi mogą znaleźć tam osobę, która taką usługę oferuje. Korzystanie z platformy znacznie obniża koszty transakcyjne po obu stronach, a w konsekwencji ułatwia wykonanie usługi. Dodatkowo w niektórych platformach (chociażby w Uberze) to inteligentny algorytm dobiera strony transakcji, co ma zapewniać jeszcze większą efektywność.

Jak duże jest zjawisko platformowej pracy? Jedne z nowszych badań dotyczących pracy platformowej w Polsce zostały przeprowadzone przez Instytut Spraw Publicznych2. Płynie z nich wniosek, że 11,25 proc. badanych przynajmniej raz miało do czynienia z pracą platformową, a wśród ludzi w wieku od 18 do 24 lat było to aż 22,4 proc. Dla znacznej większości z nich (71,4 proc.) była to praca dorywcza, jednak 8,6 proc. pracuje w ten sposób dłużej niż czterdzieści godzin tygodniowo.

Dużo skromniej skalę pracy tego typu szacują badacze z Europejskiego Instytutu Związków Zawodowych (ETUI). Według nich styczność z pracą platformową miało tylko ok 1,9 proc. Polaków, a jeszcze mniej (zaledwie 0,1 proc.) zarabia w ten sposób ponad 50 proc. swoich dochodów3. Były to najniższe wyniki pośród wszystkich badanych krajów (Bułgarii, Węgrzech, Słowacji, Łotwy). Duże wyższe wyniki badacze uzyskali przy pytaniu o szerzej pojęte „zarabianie przez Internet”, które obejmuje sprzedaż rzeczy online, ale także różnego rodzaju freelancing, bez pośrednictwa platformy. Taką formę zarobku wykonywała kiedykolwiek jedna trzecia respondentów, a po wyłączeniu z próbki osób zarabiających na sprzedaży rzeczy – jedna piąta.

Dane z innych krajów również wskazują na niewielki, kilkuprocentowy udział tych, którzy zajmują się pracą platformową. Według badań Collaborative Economy (COLLEEM) przeprowadzonych przez Joint Research Centre w 16 krajach w Unii Europejskiej w 2018 r. przynajmniej raz w życiu pracowało w ten sposób 11 proc. populacji w wieku 16-74 lata. Jako swoje główne źródło dochodu platformy internetowe podało jednak zaledwie 1,4 proc. badanych.

Feudalizm dla elastycznych

To, że praca platformowa to zjawisko wciąż marginalne, nie oznacza, że można zaniechać jego badania. Jest to w zasadzie poligon współczesnego kapitalizmu, w którym testuje się nowe formy utowarowienia pracy. Co praca platformowa oznacza w istocie dla przedsiębiorstw? Przede wszystkim spełnia się marzenie pracodawców, by płacić pracownikom wyłącznie za produktywny czas pracy. Tak podsumował to Lukas Biewald, CEO Crowdflower, czyli także platformy służącej do pracy on-line:

Przed pojawieniem się Internetu byłoby naprawdę ciężko znaleźć kogoś, kazać mu usiąść na 10 minut, by wykonał swoje zadanie, a potem go zwolnić – a właśnie to robisz dziś dzięki technologii. Znajdujesz ich, dajesz jakieś małe zadanie, a potem, gdy ich już nie potrzebujesz, po prostu się ich pozbywasz.4


Pracodawca nie płaci za oczekiwanie na zlecenie, przerwy w pracy, czas socjalizacji z innymi pracownikami. Oszczędza na powierzchni biurowej i kapitale niezbędnym do pracy, którego pozyskanie staje się obowiązkiem pracownika. Jeff Bezos, gdy prezentował Amazon Mechanical Turka, powiedział: „znacie już software-as-a-Service, teraz prezentuję wam nowy model: humans-as-a-Sevice”5.

W tym modelu relacja między pracownikiem a pracodawcą, niegdyś zakorzeniona społecznie i będąca częścią umowy społecznej, ogranicza się do minimum. Dla firm najlepiej by było, gdyby opinia publiczna powszechnie uznała, że nie ma w ogóle żadnych pracodawców – są tylko jednostki, którym sprzedajemy nasze usługi. W ten sposób firma odsuwa od siebie odpowiedzialność za zleceniobiorców – nie musi przestrzegać prawa pracy, w tym dbać o ich bezpieczeństwo podczas wykonywania obowiązków. Badacze pracy platformowej widzą tu analogie do minionych epok: Brian Fabo twierdzi, że jest to sytuacja niezgodna z głównymi standardami pracy w krajach rozwiniętych, i że działanie platform przypomina działanie kapitalistów z początku XIX w.6

Według innych badaczy ten model pracy przypomina z kolei praktyki feudalne. Jak wskazują Kostakis i Bauwens7, feudalizm oparty był na własności ziemi przez elity – w platformowym kapitalizmie zasobem kontrolowanym przez mniejszością informacje cyfrowe, a praca najemna jest coraz częściej zastępowana przez izolowaną i prekarną pracę „freelancerów”.

Pracownikom obiecuje się przede wszystkim wolność i niezależność – koniec z ośmiogodzinnym etatem i przywiązaniem do jednego pracodawcy. Praca „z doskoku”, wykonywana za pomocą platform oferujących swoje sprytne algorytmy, to zgodnie z tą filozofią droga do lepszego work-life balance. To także świetna okazja, by dorobić sobie w czasie wolnym, chociażby wykorzystując stojące w garażu auto czy rower. Praca platformowa ma być również znakomitym sposobem na uwolnienie przedsiębiorczości, a także sposobem na aktywizację zawodową nowych grup społecznych.

Ceną za to ma być pozbawienie pracowników, formalnie „zleceniobiorców”, statusu pracownika. Funkcjonują oni najczęściej jako osoby samozatrudnione i pracujące na własny rachunek (w oparciu o różne rodzaje umów cywilnoprawnych). Oczywiście pociąga to za sobą szereg konsekwencji. Takie osoby często nie mają m.in. prawa do płatnego urlopu zdrowotnego, ani nie przysługuje im prawo do płacy minimalnej. Kiedy nie pracują, nie zarabiają, a zarabiają i tak niedużo. Według badań przeprowadzonych przez Międzynarodową Organizację Pracy, 75 proc. badanych przez nich amerykańskich pracowników Amazon Mechanical Turk nie osiągało przychodów w wysokości co najmniej płacy minimalnej. Według badań Instytutu Spraw Publicznych 40 proc. pracowników platformowych deklarowało że z tytułu wykonywania takiej pracy otrzymują dochody mniejsze niż tysiąc złotych miesięcznie.

Minimum praw, minimum godności

Można stwierdzić, że to po prostu cena niezależności, rezygnacji z „ograniczającego” etatu. Gdy przyjrzymy się jednak bliżej sytuacji pracowników platform, okaże się, że ten dyskurs o niezależności to często fikcja. Choć pracownicy formalnie nie są niczyimi pracownikami, lecz samozatrudnionymi zleceniobiorcami, to jednocześnie nie są na tyle samodzielni, by móc ich uznać za niezależnie działające biznesy. Dyskusja o tym przenosi się nawet na sale sądowe, gdzie sądy reklasyfikują stosunki między platformą a zleceniobiorcą. Twierdzą, że stopień kontroli platformy nad wykonywaną przez kierowców pracą (wyznaczanie tras, ustalanie nienegocjowalnych stawek) jest nie do pogodzenia z pojęciem „samozatrudnienia”. W jednym z wyroków z 2016 r. napisano wprost: Idea, że Uber w Londynie to tak naprawdę mozaika 30 tys. małych biznesów, połączonych jedynie przez wspólną „platformę”, jest według nas niedorzeczna.

Od reklasyfikacji na sali sądowej do realnej zmiany polityki firmy dotyczącej wszystkich pracowników jest jednak długa droga. Uber broni się argumentem, że jest firmą technologiczną, a nie transportową, dlatego jego pracownikami mogą być tylko ci pracujący zza biurek, a nie kierowcy jeżdżący po ulicy. Firmy nie przekonują ani wyroki sądów (ogłaszane zazwyczaj w sprawach pojedynczych pracowników, którzy zdecydowali się pozwać platformę), ani obowiązujące prawo. W 2019 r. Kalifornia wprowadziła ustawę California Assembly Bill 5, znaną pod krótszą nazwą AB5, która miało rozwiązać problem nieprawidłowej klasyfikacji pracowników. Według nowego prawa, aby osoba mogła być uznana za niezależnego podwykonawcę, podmiot ją zatrudniający musi udowodnić, że:

  • podwykonawca jest pozbawiony kontroli nad sposobem wykonywania zadania,
  • podwykonawca wykonuje zajęcia, które nie są kluczowe dla działania biznesu zatrudniającego,
  • podwykonawca ma swój niezależny i działający biznes w tym samym obszarze, w którym ekspertyza jest niezbędna dla zatrudniającego.

W przypadku niemożności udowodnienia powyższych warunków, zleceniobiorcy stają się pracownikami – i mają przez to prawo do otrzymywania płacy minimalnej, płacy za nadgodziny oraz płatnego chorobowego. Po uchwaleniu tego prawa Uber i Lyft (czyli druga największa tego typu platforma przewozowa w USA) ogłosiły, że prawo nie zmieni ich sposobu funkcjonowania, bo przede wszystkim kierowcy nie są kluczowi dla sposobu działania tych firm. Wprawdzie w kolejnych miesiącach Uber testował nowe opcje w aplikacji w Kalifornii, jak pozwalanie kierowcom na ustalanie swoich stawek czy pokazywanie informacji o przejeździe przed jego akceptacją, co ma zwiększyć poczucie autonomii kierowców. Jak jednak twierdzą pracownicy i eksperci, to raczej „zasłona dymna”, niż prawdziwa zmiana polityki.

Uber już wcześniej wykonywał pewne ruchy, które miały pokazać, że dba o swoich kierowców, a przy okazji usunąć go z pierwszej linii ostrzału związków zawodowych i ekspertów. W 2018 r. wprowadził wraz z AXA darmowy program ochrony dla partnerów, który zapewnia ubezpieczenie na wypadek utraty dochodu z powodu wypadku, który wydarzył się podczas kursu, oraz na wypadek ciężkiej choroby i urlopu rodzicielskiego. Zostali nim jednak objęci wyłącznie kierowcy prowadzący własną działalność gospodarczą, czyli, według szacunków Ubera z 2018 r., jakieś 150 000 osób w całej Europie. Wyłączeni zatem zostali z niego wszyscy ci, którzy jeżdżą podpięci pod partnerów i to z nimi się rozliczają.

W Polsce partnerzy zatrudniają kierowców i dostawców najczęściej w oparciu o umowy cywilnoprawne, w tym tak dziwne formy jak „umowa o najem roweru” w przypadku dostawców jedzenia. Wprawdzie nie ma na ten temat badań, ale można podejrzewać, że osoby o najbardziej niepewnej sytuacji ekonomicznej, w tym migranci, rzadziej są właścicielami jednoosobowych działalności gospodarczych i częściej korzystają z możliwości „podpięcia” pod partnera – w związku z tym nie mogą z takiej ochrony skorzystać.

Pandemia śmieciowej pracy

Wszystkie wyżej wymienione problemy dotyczące statusu pracowników platform zbladły jednak w obliczu epidemii koronawirusa, z którą obecnie mierzy się cały świat. Przy tej okazji uświadomiono sobie z całą mocą ważną rzecz: pozostawienie rzeszy ludzi na fikcyjnym samozatrudnieniu, często bez urlopu chorobowego, a nawet ubezpieczenia zdrowotnego, to coś innego niż tylko „suma wyborów jednostek działających racjonalnie w swoim interesie”. W sytuacji kryzysu takiego jak ten, jest to problem społeczny. Osoba, której praca oparta jest o niestandardowe formy zatrudnienia albo pracująca zupełnie bez umowy (a nie brakuje w Polsce pośredników, którzy „zatrudniają” kierowców i dostawców Ubera bez żadnej umowy) gdy nie pracuje, to nie zarabia. Mimo grypopodobnych objawów będzie wciąż chodziła do pracy i miała kontakt z klientami.

Pracownicy zrzeszeni w grupie Gig Workers Rising wystosowali petycję do najważniejszych platform w USA o przyznanie pracownikom płatnych dni wolnych podczas pandemii. Początkowo najważniejsze platformy poradziły jedynie swoim pracownikom, by zostały w domu, lecz z czasem, gdy sytuacja stała się poważniejsza, sięgnęły po środki wspierające kierowców. Trudno jednak jednoznacznie określić, czy działania te powodowane były odpowiedzią na wyrażone w petycji żądania, czy raczej z poczucia społecznej odpowiedzialności w wyjątkowych czasach kryzysu.

W przypadku Ubera zaproponowano wsparcie w wysokości od 400 do 1700 dolarów za dwa tygodnie urlopu chorobowego. Stawka zależy od średnich zarobków w trakcie ostatnich sześciu miesięcy. Dodatkowo każdy kierowca otrzyma wsparcie w wysokości 50 dolarów, nawet jeśli wykonał tylko jeden przejazd. Eve Wagner, adwokatka z Kalifornii zajmująca się prawem pracy twierdzi, że może to być przełom w dyskusji dotyczącej statusu kierowców, która toczy się w sądach. Po precedensie, jakim jest przyznanie płatnego urlopu chorobowego, trudno będzie znów bronić na poważnie stanowiska, że kierowcy są jedynie niezależnymi, samodzielnymi podwykonawcami.

Środki na wsparcie chorych zleceniobiorców przeznaczył także operator Instacart, czyli aplikacji do zamawiania zakupów spożywczych. Fundusze przeznaczane dla tych, którzy są już pozytywnie zdiagnozowani nie rozwiązują oczywiście problemu tych, którzy mają początkowe objawy choroby, ale wciąż w obawie przed utratą zarobku, pojawiają się codziennie w pracy.

Może się wydawać, że skoro w platform economy mimo wszystko pracuje znikomy procent ludzi, to być może nie ma o co kruszyć kopii. W ostatnich latach podobnych modeli biznesowych zaczęło przybywać i wiele nowych startupów przyciągało inwestorów obietnicą, że będą „Uberem dla branży/usługi X”. Pojawiają się zatem nowe platformy i kolejne sektory zaczynają funkcjonować w ten sposób. To już nie tylko zamawianie jedzenia czy przejazdów taksówką, ale także zamawianie sprzątania, prania, prasowania ubrań czy wyprowadzania psa.

Następuje w ten sposób tak zwana „uberyzacja”, czyli przenoszenie modelu działań Ubera na kolejne sektory, wraz ze wszystkim tym, co niesie ze sobą Uber: przede wszystkim prekaryzacją stosunków pracy i unikaniem opodatkowania. Wszystko to zanurzone jest głęboko w dyskursie innowacji, postępu i wygody konsumenta. Wygodę konsumenta, a dokładniej „obsesję na punkcie konsumenta” ma zresztą wypisaną na sztandarach nie kto inny, jak Amazon. Każdy z nas jest konsumentem, zatem generalnie cieszymy się, że jeżdżenie taksówką stało się tanie, zamawianie zakupów wygodne, dowożenie jedzenia szybkie. Należy jednak pamiętać, że ta usługa najczęściej nie stała się tańsza bez powodu. I choć giganci tacy jak Uber chcą nas przekonać, że stała się ona tańsza dzięki postępowi technologicznemu i nowoczesnym algorytmom, to najczęściej odbywa się to po prostu kosztem pracownika.

Kierowcy nie potrzebują jednak przecież zabezpieczenia przed chorobą czy ubezpieczenia zdrowotnego wyłącznie w czasie pandemii. I przyznanie im takich świadczeń nie powinno być zależne od kaprysu korporacji. Podstawowe powody, dla których powstało prawo pracy, czyli zapewnienie bezpiecznego i zdrowego miejsca pracy, nadanie pracownikom prawa głosu, zapewnienie ochrony przed chciwością pracodawcy, poprzez regulację czasu pracy i zarobków – pozostają wciąż aktualne i są niezbędne w każdym społeczeństwie.

Należy powtórzyć za Europejską Komisją Związków Zawodowych: W platformach nie chodzi o „fuchy” czy „zadania”, ale chodzi o pracę, a praca jest wykonywana przez pracowników. Praca jest czymś więcej niż towarem, który może być przedmiotem negocjacji, by osiągnąć najwyższy zysk albo najniższą cenę. Praca jest częścią codziennego życia każdego z nas i jest kluczowa dla ludzkiej godności, dobrego samopoczucia i rozwoju jako jednostki.

Ciężko w tym momencie jednoznacznie stwierdzić, jaki świat pracy zastaniemy po koronawirusie i czy rzeczywiście obecny kryzys przyniesie stałe zmiany. W czasach recesji i wysokiego bezrobocia, które być może nas czekają, praca platformowa, szczególnie ta wykonywana online, może rozkwitnąć jako dorywcze i łatwo dostępne źródło dodatkowego dochodu. Jest jednak szansa, że ten czas kryzysu pozwoli nam udowodnić, że potrafimy się jednak nawzajem o siebie troszczyć. I zrozumiemy, że misternie budowana od dekad siatka bezpieczeństwa wbudowana w prawo pracy nie powstała wyłącznie na złość przedsiębiorcom.


Przypisy:

1  U. Huws, Labor in the Global Digital Economy: The Cybertariat Comes of Age, w: Monthly Review Press, 2015

2  Owczarek, D. (red.). (2018). Nowe formy pracy w Polsce, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa

3  A. Piasna, J. Drahokoupil, Digital labour in central and eastern Europe: evidence from the ETUI Internet and Platform Work Survey, ETUI, 2019

4  A. Kalleberg, M. Dunn Good Jobs, Bad Jobs in the Gig Economy, Perspectives on Work / 2016

5  J. Prassl Humans as a Service. The promise and perils of work in the gig economy

6  B. Fabo, J. Karanovic J i K. Dukova (2017) ‘In search of an adequate European policy response to the platform economy’. Transfer: European Review of Labour and Research, 23(2), 163–175.

7  V. Kostakis, M. Bauwens (2014) Network Society and Future Scenarios for a Collaborative Economy. Basingstoke: Palgrave Macmillan.

- Advertisement -

Najnowsze

Kruchy pakt górników z rządem. Początek sprawiedliwej transformacji? Raczej gra pozorów

Porozumienie, które podpisano 25 września, po strajku w kilku kopalniach, mogło stać się pierwszym krokiem na drodze do sprawiedliwej transformacji Śląska. Wiele wskazuje jednak, że tak nie będzie.

Czterdzieści lat “Solidarności”: jak elity zdradziły robotników

Minęła kolejna dekada od czasu Porozumień Sierpniowych w 1980 r. Niestety narracja dominująca zarówno w mediach jak i w przekazie polityków konsekwentnie pomija robotniczy, klasowy charakter tamtych historycznych wydarzeń.

Newsletter prosto do Twojej skrzynki

Raz w miesiącu wyślemy Ci nasze najlepsze teksty z komentarzem od redakcji.



Administratorem danych osobowych jest Instrat - Fundacja Inicjatyw Strategicznych, ul. Oleandrów 7 lok.16, 00-629 Warszawa. Dane, które nam przekazujesz, wykorzystywane będą do informowania Ciebie o publikacjach i innych działaniach portalu Pospolita oraz w celach statystycznych. Informacja przekazywana będzie pocztą elektroniczną w postaci newslettera. Podanie danych osobowych jest dobrowolne, a jednocześnie konieczne do przekazania wymienionych treści. Masz prawo dostępu do przekazanych nam danych, prawo do ich usunięcia, aktualizacji, sprostowania, ograniczenia przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego. Więcej w polityce prywatności.

Polecane analizy