Europejski Fundusz Odbudowy: historyczny moment czy gra pozorów?

Paweł Jaworski
Paweł Jaworski
redaktor naczelny Pospolitej, wcześniej niezależny publicysta i działacz społeczny. Następnie członek redakcji dziennikarskiego Portalu Strajk. Współpracownik Fundacji Instrat. Pisze o globalnych procesach gospodarczych, wyzwaniach sprawiedliwej transformacji energetycznej i napięciach społecznych późnego kapitalizmu. Absolwent Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Antykryzysowy plan ratunkowy Komisji Europejskiej wprowadza innowację w postaci obligacji, które po raz pierwszy mają być zaciągane w imieniu całej Unii Europejskiej. Z tego powodu projekt budzi wielkie emocje, a media generalnie mu sprzyjają. Są głosy, że to początek końca neoliberalizmu w Europie. Analiza chłodnym okiem nie pozwala jednak na taki wniosek. Tym bardziej, że politycy wcale nie śpieszą się, by wcielić plan w życie.


Unijny szczyt przywódców państw członkowskich, który odbył się 19 czerwca doczekał się w mediach prawie samych lakonicznych i suchych sprawozdań. Stwierdzały one wyłącznie, że nie osiągnięto porozumienia w sprawie Funduszu Odbudowy (FO), który w myśl deklaracji Komisji Europejskiej ma wyprowadzić UE z koronakryzysu. Wśród popularnych mediów jedynie Politico pozwoliło sobie na dłuższy i bardziej zaangażowany komentarz, podkreślający zgodnie z rzeczywistością, że telekonferencja, której przypisywano historyczne znaczenie, okazała się kompletną klapą.

Komentatorzy, którzy wcześniej prześcigali się w zachwalaniu projektu FO, celebrując jego rzekomo przełomowy charakter, zdumiewająco zgodnie zamilkli, jakby ze wstydu lub z zakłopotania. Rzeczywiście, jest ku temu powód. Zwraca uwagę przede wszystkim fakt, że poza brakiem jakiegokolwiek porozumienia w kwestii konkretnego kształtu Funduszu, który ma ratować gospodarkę kontynentu przed dziejową zapaścią, ani organizatorzy szczytu, ani strony sporu o Fundusz nie podjęli tak naprawdę żadnej próby wynegocjowania choćby wstępnego konsensusu.

Wspólnie w kryzysie, wspólnie w długu

Przez ostatnie dwa miesiące dyskusje w mediach pisanych na temat unijnej polityki w obliczu kryzysu wywołanego pandemią były zdominowane najpierw przez rozczarowanie fiaskiem pomysłu euroobligacji, a następnie euforią, która nastąpiła po wspólnej deklaracji Angeli Merkel i Emmanuela Macrona, że Unia potrzebuje jakiejś formy uwspólnotowienia długu. Następnie KE ogłosiła zamiar “bezprecedensowego” planu antykryzysowego, który ochrzczono mianem Next Generation EU (NGE), a sama Ursula von der Leyen lansowała go pod hasłem „nowego Planu Marshalla“. Obejmuje on właśnie projekt Funduszu Odbudowy. Przewidziana jest emisja unijnych papierów dłużnych i w zrozumiały sposób uznano, że fakt ten znamionuje otwarcie nowego rozdziału w polityce europejskiej, opartego na zasadzie solidarności: między zamożnymi krajami Północy i krajami Południa, przygniecionymi ciężarem długu i postępującą pauperyzacją społeczeństw. Rzeczywiście, media i politycy, mówiąc o tej inicjatywie, odmieniali słowo solidarność na wszystkie możliwe sposoby.

Na poprzednim szczycie Rady Europejskiej, kraje Północy, zdecydowanie odrzuciły propozycję finansowania pakietu ratunkowego z obligacji europejskich, nie zamierzając „zrzucać się“ na dług krajów takich jak Włochy, Hiszpania i Grecja. Nieprzejednana postawa „skąpej czwórki“: Austrii, Holandii, Danii i Szwecji, poparta została wówczas przez Niemcy – kanclerz Angela Merkel osobiście zapewniała, że uwspólnienia długu nie będzie.

Na południu Europy wywołało to minorowe nastroje, a nawet wściekłość, bowiem najbardziej prawdopodobnym scenariuszem na ową chwilę wydawała się powtórka z kryzysu finansowego, kiedy „pomoc“ w postaci pożyczek z Europejskiego Mechanizmu Stabilności doraźnie ratowała budżety tych państw za cenę bezlitosnych cięć wydatków, potęgując jedynie dług publiczny i opóźniając wychodzenie z recesji. Dlatego od początku, tj. od czasu ogłoszenia na początku kwietnia pierwszego „koronakryzysowego“ pakietu płynności właśnie z ESM (540 mld euro w niskooprocentowanych pożyczkach), Włochy odważnie naciskały na wykorzystanie kryzysu do podjęcia przełomowych kroków w postaci m.in. wspólnych unijnych obligacji (“koronaobligacje”). Radzenie sobie z ratowaniem gospodarki i wydatków publicznych we własnym zakresie wydawało się Italii być niczym atak z motyką na słońce, ponieważ kryzys pandemiczny jeszcze bardziej niż dotychczas wywindował oprocentowanie włoskich obligacji. Wcześniej szefowa Europejskiego Banku Centralnego, Christine Lagarde, ogłosiła, że interwencja EBC na rynku długu, mimo że znacznie szybsza niż ospałe działania Brukseli, nie będzie jednak w żaden sposób preferować krajów Południa.

 W tej sytuacji zaskakującym dla wszystkich zwrotem akcji była wspólna deklaracja Angeli Merkel i Emmanuela Macrona, którzy maju ogłosili potrzebę uruchomienia kolejnego pakietu pomocowego, składającego się z dotacji (nie pożyczek) dla wszystkich krajów członkowskich UE (nie tylko ze strefy euro) – w sumie 500 mld euro pochodzących z emisji obligacji przez KE, których spłata miała się dokonać „z budżetu Unii“. Inicjatywa ta momentalnie została przez wiodące tytuły gospodarcze ochrzczona mianem przełomowej.

Zastanawiała – i nadal zastanawia – przede wszystkim wolta Niemiec. Wiele opinii koncentrowało się na podkreślaniu roli, jaką odegrała część członków partii pani kanclerz (CDU), w tym eurodeputowanych, którzy w obliczu kryzysu wywołanego przez COVID-19 poparli uchwałę Parlamentu Europejskiego o potrzebie uwpólnienia długu. Do głosu mogły wreszcie dojść fundamentalne czynniki gospodarcze – przemysł włoski jest powiązany z niemieckim, przede wszystkim na obszarze branży motoryzacyjnej. Od czasu kryzysu zadłużeniowego strefy euro po 2009 r. niemiecka gospodarka zdołała w znacznej mierze przerzucić swoją sieć produkcji i dostaw do Europy Wschodniej. W Włochami za to nadal ściśle powiązana gospodarczo jest Francja – nic więc dziwnego, że Paryż od początku popierał apele rządów Południa o szczególne uwzględnienie ich przy projektowaniu europejskich środków pomocowych. Ostatecznie jednak tragiczna sytuacja epidemiczna we Włoszech i głęboki lockdown tamtejszej gospodarki zaczęły odbijać się na przemyśle niemieckim.

“Nowy plan Marshalla”

Projekt, który był tematem nieudanego szczytu 19 czerwca, jest bezpośrednim rozszerzeniem inicjatywy Macrona i Merkel. Zakłada on rozdzielenie w sumie 750 mld euro między kraje Unii z przeznaczeniem ich głównie na pokryzysową rekonstrukcję, adresowanych zarówno do państw i regionów, jak i szczególnie dotkniętych sektorów gospodarki. Fundusz ma być negocjowany “w pakiecie” z Wieloletnimi Ramami Finansowymi na okres 2021-2027. W większości (500 mld) ma się składać z grantów – tak, jak wcześniej proponowali Macron i Merkel. Dodatkowo zaś (250 mld) z pożyczek, co należy rozumieć jako „ustępstwo“ wobec „skąpej czwórki”, która od początku opowiadała się wyłącznie za pożyczkami. 30-letnie obligacje mają być spłacane z nowych źródeł fiskalnych, m.in. europejskiego podatku węglowego (granicznego) i cyfrowego. Szefowa KE, deklarowała też, że krajowe i sektorowe programy odbudowy, by kwalifikować się do grantów z Funduszu, będą musiały spełniać nowe standardy ekologiczne – należy to rozumieć jako podporządkowanie imperatywowi dekarbonizacji gospodarek, zgodnie z filozofią Europejskiego Zielonego Ładu, przedstawionego przez Komisję w styczniu 2020 r.

Jak ocenić skalę FO? 750 mld euro z pozoru brzmi imponująco, jeżeli jednak te miliardy mają faktycznie stanowić część budżetu rozpisanego na 7 lat, wygląda to już gorzej – nawet jeżeli, zgodnie z założeniami, całość pakietu ma zostać rozdysponowana do 2024 r. Warto pamiętać, że środki przekraczającą tę kwotę wydał już Europejski Bank Centralny, i to w tempie ekspresowym – w ramach „wstrzykiwania płynności“. Kontynent stoi dziś obliczu recesji o epickich rozmiarach: szacunki średniego tegorocznego spadku PKB dla krajów Unii wahają między 15 proc. a bardziej prawdopodobnym wynikiem 7,5 proc. Zatem 3/4 biliona euro to w tej sytuacji wcale niedużo.

Unia marazmu

Wydawałoby się, że w warunkach bezprecedensowej recesji decydenci poczują się zobowiązani do działania w sposób sprawny i zdecydowany. 19 czerwca doszło do czegoś zupełnie przeciwnego. W trakcie czterogodzinnej telekonferencji udało się stronom sporu o 7-letni budżet, opiewający dziś w sumie na 1,85 bln euro (1,1 bln kwoty przedkryzysowej + 0,75 bln Funduszu Odbudowy), wyartykułować co najwyżej najważniejsze rozbieżności. Sprawa musi zostać zamknięta do końca przyszłego miesiąca i 17-18 lipca rzecznik Charlesa Michela, przewodniczącego Rady Europejskiej, w największym stopniu odpowiadającego za feralną konferencję, określił jako “możliwe terminy” kolejnych obrad. Zaskakuje jednak fakt, że nadal nie  wyznaczono „twardego“ terminu. Co więcej, przedstawiciele „skąpej czwórki“, nie widzą żadnej potrzeby pilnego sfinalizowania sprawy i dali to do zrozumienia ustami holenderskiego premiera Marka Rutte, który oznajmił: – Nie stanie się nic strasznego, jeżeli przywódcy państw nie uzyskają porozumienia do połowy lipca.

Zdając relację z 19 czerwca Politico główny ciężar winy za porażkę rokowań umieszcza na barkach Michela, który zdaniem anonimowo cytowanego polityka „nie budzi zaufania“. Nie sposób jednak uznać, że jest to kwestia jednego człowieka. Pilny charakter Funduszu Odbudowy podkreślały Angela Merkel („stoimy dziś przed największym wyzwaniem gospodarczym w historii Unii Europejskiej“) i Ursula von der Leyen („Jest to nadzwyczajny, bezprecensowy sposób zmierzenia się z dziejowym kryzysem, dlatego ważna dla nas jest pełna demokratyczna legitymacja na wszystkich poziomach“). Jednak słowa sobie, a działania sobie: przyszłość Funduszu Odbudowy, „nowego Planu Marshalla“, pozostaje dziś po niepewna, sama jego treść niedookreślona, a zapału ze strony liderów Unii bynajmniej nie widać.

Kiedy nie wiadomo, o co chodzi…

Spór o Next Generation EU ma dziś charakter bardziej polityczny niż ekonomiczny – i to polityczny w sensie najwęższym i najbardziej pejoratywnym. Wydaje się on przede wszystkim starciem partykularnych grup interesu, działających głównie na płaszczyźnie medialnej. Z jednej strony jest „uniwersalistyczny obóz (umiarkowanego) postępu“ reprezentowany przez KE i liderów takich jak Emmanuel Macron. Z drugiej, przywódcy „czwórki“ – a faktycznie piątki, bo praktycznie dobiła do nich już Finladia – którzy w na obszarze krajowym prowadzą wzglęnie progresywną politykę fiskalno-gospodarczą (np. premier Austrii Sebastian Kurz), ale łączą ją z nacjonalistycznym – a przede wszystkim anty-południowym – nastawieniem na arenie międzynarodowej i jest to stały element ich gry. To taktyka obliczona głównie na uwiarygodnienie się wśród elektoratów krajowych. Ponieważ „przyklepanie“ Funduszu będzie wymagać konsensusu 27 państw, metoda ta może się ona doskonale sprawdzić.

Opór “czwórki” przeciwko uwspólnieniu długu ma znacznie w dużej mierze symboliczne, ponieważ argument, że kraje te stracą finansowo na wzięciu częściowej odpowiedzialności za sytuację Włoch, Hiszpanii i Grecji, zdecydownie nie trzyma się kupy. Pokazuje to szczegółowa analiza dowodząca, że euroobligacje – zwłaszcza, gdyby EBC uczynić oficjalnie „pożyczkodawcą ostatniej instancji“ – byłyby najbardziej wiarygodnymi papierami dłużnymi na rynku, na których wygraliby wszyscy. Dokładnie zaś prawie wszyscy, bo ci, którzy handlują obligacjami dotychczas wiodącymi prym, czyli niemieckimi, mogliby teoretycznie stracić – wskazywał na to m.in. Bloomberg.

W ostatecznym rozrachunku gra toczy się jednak o interesy bardziej wymierne niż tylko wizerunek polityków. Koniec końców obecny kryzys stawia naprzeciwko siebie społeczeństwa Włoch, Grecji i Hiszpanii, które już w poprzednich latach bardzo ucierpiały  w wyniku cięć wymuszonych przez Trojkę, i podmioty europejskiego sektora finansowego, zdominowane przez kapitał niemiecki, które dawno już nauczyły się traktować obrót długiem jako niewyczerpane źródło zysków. Kryzys zadłużeniowy sprzed kilku lat utwierdził te kręgi w przekonaniu, że europejskie elity – mimo, że deklaratywnie działające w służbie demokracji – faktycznie bardziej są skłonne dbać o zadowolenie finansjery. Nie bez powodu: unijni decydenci to wszak ludzie bardzo majętni i w praktyce więcej ich łączy z „banksterami“ niż ze społeczeństwami własnych krajów. Nad UE wisi zatem niebezpieczeństwo w postaci „polityki spektaklu“ lub „postpolityki“, gdzie media zadowolą się rytualnym starciem dwóch obozów, które niewiele zmieni w sensie fundamentalnym, za to do granic możliwości przeciągany będzie proces negocjacji „nowego ładu“. W finale zaś, pod presją czasu i opinii publicznej, Rada Europejska przyjmie rozwiązanie powierzchowne, choć okraszone pompatyczną frazeologią.

 
Neoliberalizm: ostatni rozdział?

Pomysł Funduszu Odbudowy powstał w szczególnym dla Europy momencie. Począwszy od 2008 r. w debacie publicznej stopniowo załamywała się narracja neoliberalna. Tendencja te przybierała na sile mimo faktu, że sam neoliberalizm jako rzeczywistość gospodarcza trzymał się doskonale i sposób, w jaki rozwiązano kryzys zadłużeniowy w strefie euro był tego dowodem. Czegokolwiek by nie pisali publicyści czołowych gazet, dominujący porządek wydawał się w praktyce nie do naruszenia: interes najbogatszych zawsze musiał być na wierzchu, ozdobiony hasłami o „obiektywnych“ i ponadczasowych prawach ekonomii. Zasada prywatyzacji zysków i uspołeczniania strat obowiązywała w sposób niezachwiany, bo warunki zawsze dyktowali ci, którzy „trzymają kasę“ i używają jej do tego, żeby mieć jej więcej.

W chwili obecnej nie jest inaczej, ale w dyskursie europejskim, nastąpiło już tak zdecydowane odejście od neoliberalizmu, przynajmniej na poziomie haseł, że Financial Times nawołuje dziś do zrzucania „pieniędzy z helikoptera“ oraz w całej serii artykułów i opinii zachwala bezwarunkowy dochód podstawowy jako sposób na wyjście z koronakryzysu. KE z powodu głębokiej recesji postanowiła zawiesić tzw. regułę budżetową, która stanowiła jeden z symboli panującego porządku. Niemal wszyscy – chyba z wyjątkiem polskich liberałów i – żądają głębokiej interwencji na rynku i to na tak egalitarnych warunkach, o jakich dekadę temu by nie pomyśleli. Trudno też zliczyć, ile razy powtórzono: “Po tym kryzysie wszystko musi się zmienić”.

To kontekst, który z jednej strony sprzyja dalszemu forsowaniu Funduszu Odbudowy z jego zaletami w zakresie stymulacji gospodarki i ratowania finansów biedniejszych państw. Z drugiej, fala entuzjazmu ze strony mediów może prowadzić do przeoczenia wad i płycizn projektu oraz bierności polityków, skłonnych potraktować kolejne negocjacje wyłącznie jako okazję do zwyczajowego „bicia piany“. Oceniając plan NGE warto starannie zbilansować plusy i minusy.

Korzyści

Najważniejszymi atutami Funduszu są jego bezpośrednie skutki gospodarcze i rola polityczna. Po pierwsze, środki z niego mają wesprzeć bezrobotnych, poszkodowane firmy i uzupełnić luki w finansowaniu służby zdrowia, przede wszystkim w krajach najciężej doświadczonych przez COVID-19. Po drugie, jeżeli program zostanie przyjęty, zwiększa to szanse na kolejne kroki w stronę oparcia Unii Europejskiej na zasadach równości i sprawiedliwości, nawet jeżeli proces ten rozpocznie się od wyrównywania relacji między państwami, a nie klasami społecznymi.

Wypada zgodzić się z opinią, że pomysłem dobrym od strony strategicznej jest połączenie planu ratunkowego z negocjacjami w sprawie wieloletniego budżetu. W tej sytuacji można wykorzystać pilny charakter pokryzysowej odbudowy do politycznego przeforsowania głębszych strukturalnych reform gospodarczych, które UE musi podjąć, o ile ma sprostać historycznym wyzwaniom w postaci zmian klimatu i społecznych konsekwencji rosnących nierówności – nie mówiąc już o tym, że w skali globalnej musi się w końcu jakoś odnaleźć między młotem USA a kowadłem Chin. Stąd zapowiedź m.in. „green strings attached“ ze strony von der Leyen i zamiar stopniowego podnoszenia wielkości budżetu UE do poziomu 2 proc. unijnego PKB. Jest okazja do konsolidacji i reform unijnego systemu instytucji, zwłaszcza jeżeli zainwestowane środki mają ostatecznie służyć wyrównaniu potencjałów produkcyjnych w Europie i – co się z tym wiąże – podniesieniu poziomu innowacyjności i prospołecznego ukierunkowania jej rozwoju.

Zdecydowanie poprzeć też należy propozycję wprowadzenia okoliczność NGE nowych podatków, które (w założeniu) obciążyć mają głównie wielkie firmy. Podatek graniczny od śladu węglowego to jedno, szczególne jednak nadzieje należy wiązać z europejskim podatkiem cyfrowym, bo cyfrowi giganci należeli dotychczas do korporacji, które ze względu na charakter swojej działalności najskuteczniej unikały opodatkowania, gdy tymczasem zyski czerpią gównie z siły jaką daje im pozycja monopolistów.
 

Ryzyka

Istnieje oczywiście lista zasadnych wątpliwości. Była już mowa o tym, że 750 mld euro to wcale nie tak dużo. Nawet tak konserwatywne instytucje jak Bank of America uznały, że plan KE przychodzi za późno, by skutecznie oddziaływać, i jest zbyt skromny w sytuacji skali obecnej zapaści. Z dokładnej analizy planu wydatków wynika, że w ramach kluczowego Mechanizmu Odbudowy i Wzmocnienia (Recovery and Resilience Facility) zaledwie 360 mld zostanie rozdysponowane jako tzw. nowe pieniądze z przeznaczeniem na granty.

Podział środków między kraje członkowskie jest sprawiedliwy, ale tylko pozornie. Owszem, najwięcej pieniędzy dostaną Włochy (172,7 mld), Hiszpania (140,4 mld) i Polska (63,8 mld). Warto jednak zwrócić uwagę na proporcję pożyczek do grantów. Dla Włoch wynosi ona: 90,9 mld do 81,8 mld; dla Hiszpanii: 63,1 do 77,3; dla Polski: 26,1 do 37,7. Wygląda to znacznie mniej korzystnie niż średnia proporcja całego Funduszu: 1 do 2. Niemcy dostaną mniej, bo tylko 28,8 mld, ale wyłącznie w grantach. Tymczasem niemieckie firmy i tak były głównymi beneficjentami już uruchomionych programów pomocowych na poziomie poszczególnych państw. Warto nadmienić, że wszystkie państwa „skąpej czwórki“ mają otrzymać… wyłącznie granty, nie pożyczki.

Kolejna wątpliwość: nadal nie wiadomo, na co dokładnie zostaną wydane pieniądze. Krajowe programy mają być podporządkowane pewnym warunkom. Na słowo conditionality Włochy i Hiszpania reagują alergicznie, bo to tej pory kojarzyło się ono z „reformami“ i „dyscypliną fiskalną“ narzucanymi przez Trojkę, oznaczającymi cięcia wydatków publicznych i wzrost bezrobocia. KE proponuje na razie obowiązek dostosowania do polityki dekarbonizacji i zasady praworządności – co oczywiście będzie bolesne dla polskiego rządu. Na zastosowanie większych finansowych rygorów naciskają jednak Austria, Holandia, Szwecja i Dania.

Zapomniany Zielony Ład

Dołączenie green strings do warunków pomocy jest jak najbardziej zrozumiałe i wskazane, ze względu na przekształcenia, jakie Europa musi przejść. Będzie to prawdopodobnie oznaczało wdrożenie założeń Europejskiego Zielonego Ładu (EGD). Problem polega na tym, że EGD to na razie bardzo ramowy plan inwestycji, w zasadzie zarys planu. Zgodnie z harmonogramem do połowy 2020 r. miał nabrać bardziej konkretnego kształtu i zostać przełożony na język unijnego prawa, jednak prace nad programem odłożono z powodu koronawirusa. Są oczywiste powody, by teraz starać się niejako „upchnąć“ EGD w Funduszu Odbudowy.

„Zielone inwestycje“ służyć mają całościowym zmianom w energetyce i gospodarowaniu energią i oficjalnie dokonać się w duchu „sprawiedliwej transformacji“ czyli egalitaryzmu. Niestety dotychczasowe założenia EGD poza samym hasłem „just transistion“ kojarzą się na razie co najwyżej z zielonym kapitalizmem/neoliberalizmem. Zgodnie ze słowami von der Leyen EGD ma zapewnić Europie „zielony wzrost gospodarczy“. To slogan brzmiący kusząco w warunkach recesji, istnieją jednak poważne wątpliwości, czy nieprzerwany wzrost PKB jest w ogóle możliwy do pogodzenia z równowagą klimatyczną. Formułowane są też zarzuty, że wspomagany publicznymi pieniędzmi wielki plan inwestycji w turbiny, fotowoltaikę i termomodernizację to przede wszystkim sposób na pompowanie zysków wielkiego biznesu w trudnych czasach – czyli greenwashing – i nie będzie miał wiele wspólnego ze sprawiedliwością społeczną. Nie powinno do tego dojść, jeżeli założenia EGD i Funduszu Odbudowy mają fatktycznie wprowadzić Europę na nową drogę kontynentalnej solidarności.

Umacnia się międzynarodowy konsensus, że wychodzenie z kryzysu trzeba wykorzystać do dalekowzrocznych przekształceń gospodarczych, również w kierunku dekarbonizacji. Jak jednak sprawić, by wzrost nie był „po staremu“ celem samym w sobie, lecz by priorytet otrzymała szeroka korzyść społeczna? Europejskie organizacje pozarządowe, a także sam Parlament Europejski, apelowały, by w ramach EGD znacznie zwiększyć środki Funduszu Sprawiedliwej Transformacji: z symbolicznych 7,5 mld euro do 40 mld, oraz dekarbonizację obszarów silnie związanych z przemysłem węglowym przeprowadzić tak, by maksymalnie upodmiotowić lokalne społeczności i włączyć je w procesy decyzyjne. To dobrze, że Fundusz Odbudowy – jeśli chodzi o ogólny plan wydatków – częściowo wychodzi tym ideom naprzeciw. Martwi jednak, że w dyskusji o dekarbonizacji pojęcie sprawiedliwej transformacji, mimo że stosowane często-gęsto nie, nadal rozumiane jest bardzo wąsko: jako zapobieganie bezrobociu w regionach powęglowych. Tymczasem powinno ono służyć próbie wyłonienia wizji nowego modelu produkcji i konsumpcji energii, w którego centrum stałby interes społeczny, a nie zyski energetycznych monopoli. Na to się zaś na razie nie zanosi.

Gra pozorów? Co w zamian?

Dochodzi wreszcie krytyka najbardziej fundamentalna, jaką sformułował Nouriel Roubini. Słynny ekonomista zarzuca projektowi NGE, że nie wprowadza rzeczywistego uwspólnienia długu, bo nie proponuje „wielostronnych gwarancji“ dla euroobligacji. Wytyka mu powierzchowność, ponieważ pomysłodawcy Funduszu nijak nie odpowiedzieli na potrzebę łagodzenia głębokich strukturalnych nierówności dzielących gospodarki Północy i Południa, co sprawi, że neoliberalny business as usual będzie wracał raz po raz ze zwielokrotnioną siłą. Autor wskazuje na instytucjonalne bariery, jakie stoją przed prawnym ujęciem NGE na poziomie krajowym, zwracając uwagę na przełomowy wyrok Trybunału Konsytucyjnego w Niemczech, który zakwestionował masowy skup niemieckich obligacji przez EBC w 2015 r. Roubini obawia się, że nieprzystawalność NGE do gospodarczej, prawnej i politycznej rzeczywistości Europy, poskutkuje niepowodzeniem, które tylko zwiększy ryzyko rozpadu Unii – zwłaszcza po przykładzie brexitu.

Nie ma więc potrzeby ulegać egzaltacji i powtarzać za nagłówkami prasowymi frazes o „momencie hamiltońskim“ w historii UE (to odwołanie do punktu zwrotnego w historii USA w 1790 r., kiedy wszystkie stany zaczęły zaciągać wspólny dług w celu pokrycia kosztów wojny o niepodległość). By poważnie myśleć o przyszłości w kategoriach pogłębionej integracji, warto projektować przede wszystkim unię fiskalną, odpowiadającą idei tzw. unii feredacyjnej. Oznacza ona generalną niezależność podatkową krajów członkowskich, przy jednoczesnym istnieniu systemu podatków unijnych, z których są realizowane osobne, ściśle określone cele o zasięgu federalnym i o charakterze strukturalnym, leżące specyficznie w gestii organów federalnych UE.

Wyzwania przed którymi stoi Unia są jednak większe niż te, które na które odpowiedzieć mogą reformy czysto instytucjonalne, projektowane i wdrażane odgórnie. Europie zagrażają dziś stanowią narastające nierówności, kryzys demokracji liberalnej i tendencje odśrodkowe w UE, a wreszcie nadchodząca katastrofa klimatyczna. To bariery rozwoju, których przezwyciężenia wymaga nowego, progresywnego modelu gospodarczego, opartego na wspólnotowym, zorganizowanym wysiłku społeczeństwa zdolnego zrównoważyć wszechwładzę kapitału, który działa prawie wyłącznie w krótkoterminowym interesie wąskich finansowych elit. To wizja demokracji gospodarczej. Niestety nastroje społeczne w Europie w sytuacji największego od dekad kryzysu bardziej zdominowane są przez apatię niż wolę walki o lepszy wspólny świat.

Można wyobrazić sobie napełnienie NGE taką treścią, która sprzyjałaby upodmiotowieniu europejskich klas pracujących, np. powiązanie planów krajowych nie tylko z dekarbonizacją, ale np. trzymaniem się zapisów Europejskiego Filaru Praw Socjalnych, by przy wychodzeniu z kryzysu inwestycje umacniały prawa pracownicze i zapewniały godne płace, stabilizując jednocześnie gospodarki, zamiast skazywać je na postępującą deteriorację. Jednak nawet w zakresie ograniczonych korzyści płynących z aktualnej formuły FO unijni przywódcy dowiedli na razie braku zainteresowania i niechęci do poważnego potraktowania przyszłości Europy. Jeżeli lipiec nie przyniesie poprawy sytuacji na tym obszarze, będzie już pewnie za późno.

Co z tą Polską?

Temat miejsca Polski w tym układzie jest problematyczny. Dziesiątki miliardów, jakie nasz kraj otrzymałby z FO, są nam potrzebne – zarówno jeżeli chodzi o bezpośrednią reakcję w sytuacji recesji, jak i długoterminowe inwestycje w związku z transformację energetyczną. Niepokoją jednocześnie niektóre prognozy – i to pochodzące z zagranicznych źródeł – które przewidują, że Polska mogłaby stać się płatnikiem netto FO. To jednak głosy sprzed zwiększenia puli dotacji dla Polski. Mówi się, że KE chce potraktować Polaków preferencyjnie, żeby dzięki temu wbić klin między nas a „skąpą czwórkę“. Wszystko więc zależy od tego, jakie warunki rząd Mateusza Morawieckiego chciałby negocjować. Oczywiście oznaczałoby to przedsięwzięcie znacznie ambitniejszych planów dekarbonizacyjnych niż dotychczas. Pewnie dlatego rząd prawie zupełnie milczy na temat Funduszu Odbudowy, zadowalając się „wychodzeniem z kryzysu“ metodą uchwalania kolejnych antyspołecznych i antypracowniczych przepisów w ramach „tarczy antykryzysowej“.

- Advertisement -

Najnowsze

Kruchy pakt górników z rządem. Początek sprawiedliwej transformacji? Raczej gra pozorów

Porozumienie, które podpisano 25 września, po strajku w kilku kopalniach, mogło stać się pierwszym krokiem na drodze do sprawiedliwej transformacji Śląska. Wiele wskazuje jednak, że tak nie będzie.

Czterdzieści lat “Solidarności”: jak elity zdradziły robotników

Minęła kolejna dekada od czasu Porozumień Sierpniowych w 1980 r. Niestety narracja dominująca zarówno w mediach jak i w przekazie polityków konsekwentnie pomija robotniczy, klasowy charakter tamtych historycznych wydarzeń.

Newsletter prosto do Twojej skrzynki

Raz w miesiącu wyślemy Ci nasze najlepsze teksty z komentarzem od redakcji.



Administratorem danych osobowych jest Instrat - Fundacja Inicjatyw Strategicznych, ul. Oleandrów 7 lok.16, 00-629 Warszawa. Dane, które nam przekazujesz, wykorzystywane będą do informowania Ciebie o publikacjach i innych działaniach portalu Pospolita oraz w celach statystycznych. Informacja przekazywana będzie pocztą elektroniczną w postaci newslettera. Podanie danych osobowych jest dobrowolne, a jednocześnie konieczne do przekazania wymienionych treści. Masz prawo dostępu do przekazanych nam danych, prawo do ich usunięcia, aktualizacji, sprostowania, ograniczenia przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego. Więcej w polityce prywatności.

Polecane analizy