KoronaKryzys: czeka nas wielkie bezrobocie. Przez powszechność śmieciówek

Kamil Fejfer
Kamil Fejfer
Analityk rynku pracy i nierówności społecznych, dziennikarz piszący o ekonomii i gospodarce. Autor książek „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia chociaż więcej pracuje” oraz „Zawód. Opowieści o pracy w Polsce”.

Idzie bieda. Stoimy u progu gigantycznego załamania gospodarczego spowodowanego przez pandemię COVID-19. Ludzi, którzy stracą pracę, będą miliony. W Polsce z powodu skali stosowania umów cywilnoprawnych liczba bezrobotnych może wzrosnąć o dwa miliony. Na zasiłki liczyć będą mogli tylko szczęściarze. Rządu to nie obchodzi.


Są na świecie miejsca, gdzie kryzys epidemiczny wydaje się powoli uspokajać. W takich krajach jak Hiszpania, czy Niemcy, choć nadal mamy tam do czynienia z ciężką sytuacją i wciąż umiera wiele osób, to znacznie spowolnił, czy wręcz ustabilizował się trend dziennego przyrostu nowych przypadków. Wirusa pod kontrolą ma również Korea Południowa, gdzie od niemal dwóch tygodni liczba chorych systematycznie spada.

Teraz przyjdzie nam się zmierzyć kolejnym kryzysem, tym razem gospodarczym. Ten związany jest oczywiście z częściowym, a w przypadku niektórych krajów niemal całkowitym shutdownem wielu sektorów gospodarek. Kto na nim ucierpi najbardziej? I jakie polityki stosowane do tej pory prawdopodobnie się na nas zemszczą? W sposób oczywisty najbardziej wrażliwą grupą w czasach kryzysu są osoby, które tracą pracę. Zobaczymy co wiemy na ich temat w kontekście nadchodzących zawirowań.

Wielki shutdown

Określenie przybliżonej nawet liczby osób, które stracą pracę obarczone jest bardzo dużym marginesem błędu. W tej chwili niewiele wiemy na temat tego w jaki sposób kryzys będzie eskalował. Nie jesteśmy nawet w stanie stwierdzić, że obecna fala epidemii jest jedyną, która dotknie nas w najbliższych miesiącach. Zgodnie z cytowanymi w Polityce badaniami zespołu pod kierownictwem brytyjskiego epidemiologa Neila Fergusona, obecnie jedyną skuteczną strategią w walce z wirusem (skuteczną, to znaczy taką, która nie zatka służby zdrowia) jest bardzo silne ograniczenie (o około 75 proc.) kontaktów społecznych. Oznacza to zamknięte teatry, puby, restauracje, kina, hotele. Czyli wdrożenie wszystkich tych obostrzeń, które bardzo wiele krajów (w tym Polska) wprowadziło na swoich terytoriach. Ferguson, który wraz ze swoim zespołem zmodelowali możliwe kierunki rozwoju wypadków epidemii dla Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, przewiduje scenariusz cyklicznego zaostrzania i odpuszczania rygorów ograniczania społecznych kontaktów. Luzujemy obostrzenia wtedy, kiedy widzimy, że krzywa zakażeń się wypłaszcza, zaostrzamy je, kiedy zaczyna piąć się w górę. To oznacza cykle kolejnych zamknięć instytucji kultury, restauracji i siłowni. Taki scenariusz w oczywisty sposób utrudnia przewidywanie tego, w jaki sposób Covid odbije się na gospodarce.

Ile czasu może to wszystko potrwać? Możliwe, że aż do czasu stworzenia i wdrożenia szczepionki. Jak twierdzi Guardian obecnie 35 firm pracuje nad jej stworzeniem. Taki proces musi jednak potrwać. Zdaniem cytowanej przez brytyjski dziennik Annelies Wilder-Smith, profesorki w London School of Hygiene and Tropical Medicine, szczepionka pojawi się nie szybciej niż w ciągu najbliższych 18 miesięcy. Dlaczego aż tyle musimy czekać? Głównie przez testy. Te są podzielone na trzy etapy. Pierwszym z nich jest testowanie medykamentu na próbie kilkudziesięciu zdrowych ochotników. W trakcie trwania badań sprawdza się, czy w grupie nie występują niepożądane efekty uboczne. W drugim etapie szczepionkę podaje się grupie kilkuset chorym monitorując jej skuteczność. Trzeci krok (o ile oczywiście poprzednie dwie fazy zakończyły się sukcesem) to badania na dużych kilkutysięcznych grupach.

Dopiero po przejściu wszystkich faz (zazwyczaj również z najwcześniejszą: testów na zwierzętach) można wdrażać szczepionkę. Żadnego z etapów nie można pominąć, bo może to oznaczać zagrożenie dla życia osób, którym szczepionka zostaje podana. Jeżeli w kontekście koronawirusa mówimy o zaszczepieniu setek milionów, a nawet miliardów ludzi, to łatwo wyobrazić sobie skalę zagrożenia niedoskonałą szczepionką. Wymownej dosłowności w takim przypadku nabiera sformułowanie „lekarstwo gorsze od choroby”.

Wcześniej mogą pojawić się leki. Obecnie prowadzi się testy skuteczności różnych mieszanek już istniejących substancji. Cytowany przez portal PolitykaZdrowotna.com prof. Krzysztof Simon – dolnośląski konsultant wojewódzki w dziedzinie chorób zakaźnych, mówi, że żaden z pacjentów, którzy takie „koktajle” otrzymywali nie umarł, ani nie wykazywał pogorszenia się stanu zdrowia. Wciąż jednak trwają badania nad skutecznością takiej terapii. Nawet jednak jeżeli się okaże, że leki rzeczywiście działają, to prawdziwym przełomem będzie wyżej wspomniana szczepionka.

Wciąż prawdopodobne wydaje się, że nawet jeżeli w nadchodzących miesiącach letnich uda się zdusić epidemię, powróci ona z dużą siłą jesienią i zimą. Oznaczałoby to kolejne shutdowny. Z drugiej zamożne państwa będą miały szanse, by czas ten wykorzystać do lepszego przygotowania systemów na kolejną falę chorych. Zostaną utworzone szpitale polowe, zwiększymy liczba łóżek, liczbę dostępnych respiratorów, zdążymy wyprodukować lub zakupić odpowiednią liczbę maseczek i doposażyć laboratoria, żeby szybciej robiły testy, uszczelnimy procedury. To wszystko może oznaczać, że nawet w przypadku nawrotu epidemii nie będzie on takim szokiem dla gospodarki, jakim stał się w ostatnich kilku tygodniach.

To tylko kilka niewiadomych. Te zmienne oraz setki, jeśli nie tysiące innych, muszą brać pod uwagę specjaliści modelujący przyszłą skalę bezrobocia. W dokumencie z 18 marca Światowa Organizacja Pracy (International Labour Organization – ILO) przewidywała, że Covid-19 będzie miał wpływ na rynek pracy w trzech wymiarach. Po pierwsze, mniejszy liczbę miejsc pracy; po drugie, pogorszy warunki pracy (płacę, stałość zatrudnienia, dostęp do osłon socjalnych). Po trzecie, w sposób nieproporcjonalny dotknie osoby najsłabsze: ludzi o gorszym zdrowiu, młodszych, którzy i tak zazwyczaj mierzą się z wyższym bezrobociem, kobiety, które dominują w sektorze usługowym, ludzi w uśmieciowionych sektorach, czy migrantów.

Pandemia bezrobocia

ILO wstępnie szacuje, że liczba bezrobotnych na świecie wzrośnie w optymistycznym scenariuszu o 5,3 miliona ludzi. W pesymistycznym – o 24,7 miliony (w porównaniu do 188 milionów bezrobotnych w 2019 r.). „Średni” scenariusz zakłada utratę 13 milionów miejsc pracy, w tym 7,4 miliona w krajach rozwiniętych.

Organizacja globalny spadek dochodu pracowników w wyniku koronawirusa szacuje od 860 miliardów dolarów do niemal 3,5 biliona dolarów. Jak zaznacza ILO utrata dochodu oznacza niższą konsumpcję dóbr i usług, co jest szkodliwe dla biznesu. Ten może uciekać przed stratami w dalsze zwolnienia.

Tymczasem według firmy badawczej SurveyUSA już 19 marca przynajmniej czasowo zostało zwolnionych z wykonywania obowiązków 9 proc. tamtejszych pracowników, tj. 14 milionów ludzi. O ile przynajmniej część z nich może mieć nadzieję na powrót do pracy, to w ciągu zaledwie jednego tygodnia z powodu koronawirusa 1 proc. amerykańskich pracowników zostało wyrzuconych z pracy. Przy 160 milionach pracujących amerykanów 1 proc. to 1,6 miliona ludzi.

Ale rzućmy okiem na świeższe dane. Już 26 marca New York Times donosił, że w poprzednim tygodniu po zasiłki dla bezrobotnych ustawiło się 3,3 miliony Amerykanów. To cztery razy więcej niż wynosi poprzedni historyczny rekord. To nie znaczy, że na przykład, ostatni wielki kryzys nie kosztował więcej miejsc pracy. Bynajmniej, podczas wielkiej recesji w Stanach Zjednoczonych ubyło 26 milionów miejsc pracy. Ten proces był jednak rozłożony na lata. Tymczasem zeszłotygodniowy potężny skok liczby bezrobotnych (faktycznie liczba ta może być jeszcze większa, ponieważ NYT podaje tylko dane z odpowiedników naszych urzędów pracy, a spora część amerykańskich pracowników, zwłaszcza tych sprekaryzowanych, nie jest uprawniona do zasiłków. New York Times pisze o możliwym tygodniowym wzroście o 4,7 miliona bezrobotnych) jest związany z administracyjnym nakazem zamknięcia milionów sklepów, szkół i restauracji.

Jak to możliwe, że w ciągu zaledwie kilku dni w niemal 5 milionów Amerykanów zostało wyrzuconych z pracy? Jak zauważa na swoim facebookowym profilu publicysta ekonomiczny Piotr Wójcik, wiąże się to z faktem, że w USA brakuje takiego zabezpieczenia pracowników jak okres wypowiedzenia. Można tam zwolnić człowieka z dnia na dzień. Do tego wątku jeszcze wrócimy.

Firmy już zwalniają

Dla Polski wciąż trudno o prognozy. Według Konfederacji Lewiatan 69 proc. firm planuje redukcje zatrudnienia związane z następstwami koronawirusa. Z przebadanych 800 firm niemal wszystkie (95 proc.) już odczuwają skutki pandemii dla swoich biznesów. W tej grupie 55 proc. firm już dzisiaj uważa je za bardzo poważne dla swojej branży. W ciągu najbliższych 2 miesięcy ponad połowa firm chce zwolnić od 20 do 50 proc. swojej załogi.

Krajowa Izba Gospodarcza szacuje, że przy dynamice wzrostu PKB na poziomie 1 proc. popyt na pracę ulegnie zmniejszeniu o 2-3 proc. Przypomnijmy, ze „przedkoronawirusowe” prognozy Komisji Europejskiej wzrostu PKB dla Polski wynosiły 3,3 proc. w 2020 r. Możliwe jednak, że będziemy musieli się pożegnać z jakimkolwiek wzrostem gospodarczym i czeka nas pierwsza od 30 lat recesja. Przy recesji na poziomie 5 proc. (scenariusz KIG) liczba bezrobotnych wzrośnie o 1,3 mln osób.

Dla zobrazowania skali: według Głównego Urzędu Statystycznego w lutym bezrobocie rejestrowane wynosiło w Polsce 5,5 proc., a liczba zarejestrowanych bezrobotnych wynosiła 920 tys. osób (pamiętajmy jednak, że część spośród zarejestrowanych bezrobotnych realnie pracuje, tylko robi to w szarej strefie. GUS w innym badaniu realne bezrobocie w IV kwartale 2019 roku szacował na jedynie 2,9 proc.). Dodatkowe 1,3 mln bezrobotnych to wzrost bezrobocia o 140 proc. (w tym momencie mówimy o bezrobotnych zarejestrowanych).

Jeszcze czarniejszy scenariusz przedstawia firma Personal Service specjalizująca się w rekrutacji pracowników z zagranicy. Szacuje ona, że w najbliższych kilku miesiącach pracę stracą nawet 2 miliony Polaków. To prawie 220 proc. skok bezrobocia w krótkim czasie.

Prekariat na bruk

Jak przyznają eksperci z Personal Service, w najciężej sytuacji będą osoby zatrudnione na umowach zlecenia. Dlaczego? Bo ich najłatwiej jest zwolnić: pracowników na zleceniach (jak również zatrudnionych na umowach o dzieło) nie chroni okres wypowiedzenia. W najbliższym czasie możemy mieć więc do czynienia ze scenariuszem zbliżonym do amerykańskiego: dziesiątki, a może setki tysięcy prekariuszy i prekariuszek stracą pracę z dnia na dzień.

Wiemy, że elastyczny rynek pracy pogłębia kryzysy gospodarcze. Dowody na to płyną choćby z porównania Francji i Hiszpanii w kontekście ostatniego kryzysu gospodarczego. Według artykułu naukowego z The Economic Journal przed wielką recesją bezrobocie w obu krajach wynosiło około 8 proc. Państwa te różnił jednak stopień regulacji rynku pracy. Bardziej liberalny hiszpański model rynku pracy oznaczał dla pracodawców niższy koszt zwolnienia pracownika. We Francji przeciwnie – sztywniejsze (i co ważne trudniejsze do obejścia) regulacje rynku ograniczały chęci szybkich zwolnień. Między innymi ta różnica przyczyniła się do ogromnej dysproporcji we wzroście bezrobocia między Francją i Hiszpanią w czasie kryzysu. W tym pierwszym kraju: do 10 proc., w drugim do 23 proc. Autorzy badania twierdzą, że 45 proc. hiszpańskiego wzrostu bezrobocia można było uniknąć, gdyby kraj ten przyjął francuski, czyli silniej regulowany, model zatrudnienia.

To dla nas zła wiadomość ponieważ polski rynek pracy jest jednym z najbardziej elastycznych, czy mówiąc wprost – uśmieciowionych w Europie (licząc to jako odsetek czasowego zatrudnienia wśród wszystkich form zatrudnienia). W tym, na co zwraca uwagę Forbes powołując się na dane z Eurostatu, wyprzedza nas tylko… Hiszpania. Warto tu jednak wspomnieć, że hiszpański rząd zabronił zwalniać pracowników w związku z koronawirusem. Przypomnijmy również, że według GUS liczba osób pracujących jedynie w oparciu o umowę-zlecenie lub umowę o dzieło wynosi w Polsce około 1,3 mln. Mimo rzekomego „rynku pracownika” trwającego w ostatnich latach, liczba osób na śmieciówkach utrzymuje się na mniej więcej stabilnym poziomie przynajmniej od 2014 r.

Zasiłki dla szczęśliwców

Kolejny problem: nieodpowiedzialna, wręcz skandaliczna polityka państwa polskiego jeżeli chodzi o zasiłki dla bezrobotnych. Aby uzyskać zasiłek należy w ciągu ostatnich 18 miesięcy przepracować co najmniej 365 dni w roku na co najmniej pensji minimalnej (wysokość wynagrodzenia dotyczy również umów zlecenia). Dodatkowo zasiłek wypłacany jest przez 180 dni (o ile nie mieszka się w regionie, gdzie stopa bezrobocia przekracza 150 proc.), przy czym średni czas poszukiwania pracy w Polsce wynosi prawie 9 miesięcy (ale za chwilę, na skutek kryzysu, wzrośnie). Te wyśrubowane warunki powodują, że w Polsce do zasiłku dla bezrobotnych uprawnionych jest jedynie 20 procent osób. Żeby było zabawnie: ze względu na absurdalny kształt przepisów (m.in. ustawowy czas pobierania świadczenia) do zasiłku uprawnionych procentowo jest mniej osób podczas gorszej sytuacji ekonomicznej, niż w trakcie lepszej.

To wszystko składa się na fakt, że mamy jeden z najgorszych systemów zabezpieczenia osób bezrobotnych w całym rozwiniętym świecie.

Według Eurostatu w Polsce zasiłki w relacji do PKB stanowiły 0,3 proc. Średnia dla całej Unii Europejskiej to 1,3 proc., ponad 4 razy więcej. Najwięcej w relacji do PKB wydawała Finandia: 2,2 proc., ponad 7 razy więcej niż my. Za nami była tylko Rumunia. Oczywiście mogłoby to wynikać z prostego faktu: po prostu w Polsce bezrobocie w ostatnich latach było rekordowo niskie w porównaniu do innych krajów Europejskich.

Zapewne tym można tłumaczyć część różnicy, natomiast istotne są przynajmniej jeszcze dwie kwestie: wysokość zasiłków i odsetek osób bezrobotnych uprawnionych do ich pobierania. Według europejskiego urzędu statystycznego na bezrobotnego z prawem do zasiłku Polska w ciągu roku przeznacza ok. 2,3 tys. euro. Średnia unijna: ok 10 tys. euro., rekordziści: 40 tys. euro (Luksemburg).

Ale przecież – powiecie państwo – koszyk z zakupami wart 100 euro będzie zawierał więcej produktów w Polsce niż, na przykład, w Austrii. To prawda: jeżeli zrobimy poprawkę na różnice w cenach, to dysproporcje się nieco zmniejszą. Ale okaże się, że i tak wydajemy jedną trzecią tego, co średnia unijna.

Mało tego, według Międzynarodowej Organizacji Pracy jesteśmy na przedostatnim miejscu spośród 16 badanych przez tę instytucję krajów rozwiniętych pod względem objęcia bezrobotnych zasiłkami. Według ILO zasiłek u nas przysługuje jedynie 17 procentom bezrobotnych (dane z 2015 roku, a więc z czasu, kiedy była gorsza sytuacja; to wyjaśnia różnicę między tymi danymi, a wyżej przytaczanymi danymi z GUS). Tymczasem w takich krajach jak Austria, Belgia, Finlandia, czy Niemcy zasiłkami jest objęte 100 proc. osób bez pracy. Stawia to nas znacznie bliżej takich rozwijających się krajów jak Algieria, Albania, czy Kazachstan niż choćby Holandii, czy nawet Hiszpanii. Jeśli chodzi o stopę zastąpienia, czyli wysokość zasiłku w stosunku do poprzednich dochodów, to z wartością 30 proc. jesteśmy na końcu wśród krajów rozwiniętych. Niemal we wszystkich krajach rozwiniętych stopa zastąpienia przekracza 55 proc.

Jak więc widać, Polska jest niemalże w światowej antypracowniczej awangardzie. A z pewnością w awangardzie wśród krajów rozwiniętych. Jeżeli weźmiemy pod uwagę skrajnie – jak na europejskie warunki – uelastyczniony rynek pracy z jednej strony, a iluzoryczne zabezpieczenia dla osób bezrobotnych z drugiej, nadchodzący kryzys maluje się w wyjątkowo ponurych barwach. Dla milionów z nas oznacza on tylko obniżenie dochodów, ale również możliwość powstania sprzężenia zwrotnego, w którym ucięte dochody będą oznaczały ucięte wpływy do firm. A te w ramach obrony przed stratami będą dalej ciąć zatrudnienie.

Rząd umywa ręce

Tymczasem, przynajmniej na moment oddania tego tekstu, „tarcza antykryzysowa“ milczy na temat zasiłków dla bezrobotnych, czy prób natychmiastowego „odśmieciowienia” rynku pracy w tych wyjątkowych warunkach. Co najmniej dziwna wydaje się wypowiedź minister rozwoju Jadwigi Emilewicz, która twierdzi, że na chwilę obecną rząd nie przewiduje ani waloryzacji wysokości zasiłku dla bezrobotnych, ani zmiany polityki przyznawania. „Nie chcieliśmy tworzyć warunków, które zachęcałyby do wypychania pracowników na bezrobocie” – mówiła 26 marca Emilewicz podczas konferencji prasowej.

Ludzi na bezrobocie wypchnie nie podwyższenie skandalicznie niskich zasiłków, a niechybnie nadchodzący kryzys, przeciwko któremu ustanawiana jest tarcza antykryzysowa. Zadaniem polityk antykryzysowych powinna być ochrona najbardziej wrażliwych grup.

Przed kryzysem nie uratuje nas rekordowo niskie bezrobocie, na co być może nadzieje ma rząd. Hiszpańska lekcja sprzed kilku lat pokazuje, że to nie sam poziom bezrobocia, a raczej niskie koszta pozbywania się pracowników przez firmy są istotne w czasach kryzysu. Wczorajsze oszczędności i probiznesowe luzowanie zasad zatrudnienia w najbliższym kryzysie mogą oznaczać ogromne koszty. Koszty, które zapłaci nie tylko sam biznes, ponieważ mniej miejsc pracy i duży spadek dochodów społeczeństwa, to również spadek wpływów dla samych firm. Zapłacą je również setki tysięcy, a być może miliony ludzi, dla których spadające dochody oznaczają pogorszenie się jakości życia. Dla niektórych na całe lata.

- Advertisement -

Najnowsze

Kruchy pakt górników z rządem. Początek sprawiedliwej transformacji? Raczej gra pozorów

Porozumienie, które podpisano 25 września, po strajku w kilku kopalniach, mogło stać się pierwszym krokiem na drodze do sprawiedliwej transformacji Śląska. Wiele wskazuje jednak, że tak nie będzie.

Czterdzieści lat “Solidarności”: jak elity zdradziły robotników

Minęła kolejna dekada od czasu Porozumień Sierpniowych w 1980 r. Niestety narracja dominująca zarówno w mediach jak i w przekazie polityków konsekwentnie pomija robotniczy, klasowy charakter tamtych historycznych wydarzeń.

Newsletter prosto do Twojej skrzynki

Raz w miesiącu wyślemy Ci nasze najlepsze teksty z komentarzem od redakcji.



Administratorem danych osobowych jest Instrat - Fundacja Inicjatyw Strategicznych, ul. Oleandrów 7 lok.16, 00-629 Warszawa. Dane, które nam przekazujesz, wykorzystywane będą do informowania Ciebie o publikacjach i innych działaniach portalu Pospolita oraz w celach statystycznych. Informacja przekazywana będzie pocztą elektroniczną w postaci newslettera. Podanie danych osobowych jest dobrowolne, a jednocześnie konieczne do przekazania wymienionych treści. Masz prawo dostępu do przekazanych nam danych, prawo do ich usunięcia, aktualizacji, sprostowania, ograniczenia przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego. Więcej w polityce prywatności.

Polecane analizy