Kruchy pakt górników z rządem. Początek sprawiedliwej transformacji? Raczej gra pozorów

Paweł Jaworski
Paweł Jaworski
redaktor naczelny Pospolitej, wcześniej niezależny publicysta i działacz społeczny. Następnie członek redakcji dziennikarskiego Portalu Strajk. Współpracownik Fundacji Instrat. Pisze o globalnych procesach gospodarczych, wyzwaniach sprawiedliwej transformacji energetycznej i napięciach społecznych późnego kapitalizmu. Absolwent Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Porozumienie, które podpisano 25 września, po strajku w kilku kopalniach, mogło stać się pierwszym krokiem na drodze do sprawiedliwej transformacji Śląska. Wiele wskazuje jednak, że tak nie będzie. Trzeba zarówno odejść od węgla, jak i zabezpieczyć przyszłe miejsca pracy w regionie. To dwie strony tej samej monety. Jest to wyzwanie tak gigantyczne, że każda ze stron nie czuje się gotowa potraktować je poważnie. A czas nagli.

Nie lada wyzwaniem jest zrozumienie, jak dziś naprawdę wygląda sytuacja na linii górnictwo-rząd-polityka klimatyczna. Kilkudniowy wrześniowy strajk górników na Śląsku zakończył się porozumieniem z władzą, które przewidywało opracowanie szczegółowej umowy określającej warunki sprawiedliwej transformacji w Polsce. Zaledwie tydzień później czołowe związki zawodowe z branży zorganizowały w Warszawie demonstrację, na której głoszono, że rząd wysługuje się Unii Europejskiej i niszczy polskie górnictwo. Można oczywiście zakładać, że był to przede wszystkim pokaz siły i związki w ten sposób szykują się do dalszych negocjacji w tej sprawie. Tak czy inaczej na razie nie sposób przewidzieć, czy w ciągu najbliższych miesięcy dokona się jakikolwiek postęp na drodze sprawiedliwej społecznie dekarbonizacji polskiej gospodarki. Przede wszystkim jednak powierzchownych charakter “rozwiązań” podpisanych przez strony porozumienia, nasuwa wątpliwości, czy jakakolwiek licząca się siła polityczna w Polsce traktuje tę fundamentalną sprawę poważnie. A nikt przecież nie chce, by cały Śląsk czekał los Wałbrzycha.

Dokument podpisany 25 września zawiera jeden jedyny punkt godny uwagi. Jest to postanowienie na tyle przełomowe, że cały pakiet zarzutów, jakie można stawiać umowie, schodzi na dalszy plan. Oto po raz pierwszy w dziejach przyjęto oficjalną datę zamknięcia ostatniej kopalni węgla kamiennego w Polsce. Oznacza to, że politycy i przedstawiciele największych związków pożegnali się z mrzonkami o tym, że Polska będzie “stała węglem” do końca świata. Niewykluczone, że faktycznie pożegnali się z nią już wcześniej, teraz jednak zgodzili się to publicznie przyznać i będą w tym duchu kształtować debatę publiczną. Świat górnictwa ostatecznie zderzył się ze ścianą i choć geneza tej sytuacji jest zarówno ekonomiczna, jak i polityczna, nikt już nie jest stanie zamykać oczu w obliczu faktów.

W porozumieniu otwarcie wyrażono uzasadnioną troskę o miejsca pracy, które będą musiały znikać w procesie wygaszania sektora górniczego. To bez wątpienia najważniejsza część paktu. Tym bardziej rozczarowuje więc sposób, w jaki go ujęto – ogólnikowy, wybiórczy, oparty na fikcyjnych założeniach. Niemniej jednak wysłano w świat czytelny komunikat, że Śląsk i sektor węglowy sposobią się do sprawiedliwej transformacji. Pytanie oczywiście brzmi: na ile odpowiedzialni okażą się się decydenci w tym procesie. Niestety konstrukcja wstępnego porozumienia świadczy, o tym, że grupy, których los powinien być potraktowany z pełną – historyczną! – odpowiedzialnością, czyli górnicy i pracownicy firm powiązanych (w sumie 150 tys. osób) oraz mieszkańcy regionu, są nadal traktowani instrumentalnie. I to zarówno przez rząd, jak wierchuszkę związkową, określoną na papierze jako tzw. strona społeczna. Niewykluczone, że to jest powodem, dla którego szybko ujawnił się pozorny charakter porozumienia, czemu dano wyraz na manifestacji w Warszawie.

Pierwszy krok

Sam termin likwidacji kopalń można oceniać dwojako. Po pierwsze, można uznać, że 2049 r. dla “Chwałowic” i “Jankowic” – oraz lata wcześniejsze dla pozostałych kopalni –  jest rokiem zbyt odległym ze względu na presję ze strony wzbierającej katastrofy klimatycznej, w kontekście której najbardziej racjonalna wydaje się natychmiastowa likwidacja sektora węglowego. Podany termin najprawdopodobniej nie zwiastuje planowego, aktywnego wygaszania kopalni, motywowanego palącą potrzebą szybkich i głębokich przemian strukturalnych. Jest przypuszczalnie sposobem na “przyklepanie” upadku kopalń, które i tak byłyby zmuszone do tego czasu upaść – głównie z powodu braku szans na kontynuację wydobycie. Taka jest interpretacja ekspertów z branży i w świetle sytuacji geologicznej, technologicznej i ekonomicznej nie ma podstaw, by im nie wierzyć. 

Z drugiej strony, przyjęcie jakiegokolwiek terminu świadczy zwyczajnie o tym, że główni gracze sektora potraktowali koniec branży poważnie – to dobrze. Problem w tym, że chcą jedynie rozstrzygnięć pozornych i w wąsko pojętym własnym interesie. Górnicy dołowi, którzy w określaniu planu postulowanej transformacji powinni odgrywać podmiotową rolę, nie odgrywają jej, a przypada ona co najwyżej związkowemu szefostwu. Oni sami i mieszkańcy Śląska od dawna nie mają wątpliwości, że czas polskich kopalń jest policzony, o czym świadczyć może chociażby materiał z oko.press. Ostatni strajk wybuchł częściowo wskutek oddolnej presji robotników, którzy nie chcą być przedmiotem krótkowzrocznych rozgrywek politycznych – chcą sprawiedliwego programu zmian.

Miarą odpowiedzialności decydentów byłby wieloletni plan gospodarczej sprawiedliwej społecznie przebudowy Śląska zorientowanej na przyszłość, a nie aplikowanie górnictwu kolejnych kroplówek. Tymczasem góra związkowa (często zaangażowana w biznesy obsługujące branżę kopalnianą) i zarządy spółek postanowili wykorzystać bieżącą sytuację do polityki business as usual pod hasłem wielkiej zmiany. Umowa z rządem przewiduje dotowanie kopalń z budżetu państwa aż do czasu ich zamknięcia. Służy to przede wszystkim utrzymaniu zarządu i związkowych biurokratów. Miliardy, które na to pójdą, już o wiele rozsądniej byłoby przeznaczyć na same osłony socjalne dla byłych górników, tworzenie wespół z ich autentycznie samorządnymi organizacjami nowych miejsc pracy w regionie i zieloną rekonstrukcję Śląska, w tym jego energetyki. Tym bardziej, że mitem jest przekonanie, iż istniejący system energetyczny Polski opiera się na rodzimym węglu – wszyscy już wiedzą, że opiera się na importowanym.

Można uznać, że zamiarem stron jest zsynchronizowanie zamykania kopalń z naturalnym starzeniem się populacji górniczej, i że zdaniem sygnatariuszy porozumienia jest to sposób na “ratowanie miejsc pracy”. Założenie jest więc takie, że do 2049 r., w ciągu 29 lat, osoby dzisiaj pracujące w kopalniach “na dole” lub w przeróbce mają zestarzeć się wraz ze swoimi zakładami pracy i wraz z nimi przejść na emeryturę. Każdemu zatrudnionemu obecnie górnikowi umowa gwarantuje “pracę w sektorze górnictwa węgla kamiennego do momentu uzyskania prawa do emerytury górniczej”, lub – w wypadku zakład nie będzie mógł zagwarantować ciągłości pracy – rozwiązania osłonowe, m.in. płatny urlop górniczy albo odprawę pieniężną. (pkt. 3).

“Model niemiecki”

Pozorną naturę wrześniowej umowy zdradza też założenie, że istnieje jakiś jeden gotowy i najlepszy model odchodzenia od węgla, czekający tylko na skopiowanie w dowolnym miejscu i czasie. Jeszcze przed podpisaniem porozumienia, kiedy nadal trwał podziemny strajk, przedstawiciel rządu zapowiadał program transformacji górnictwa wzorowany na “modelu niemieckim”. Ponieważ w treści umowy nie występuje żaden termin odnoszący do “modelu niemieckiego”, można się tylko domyślać, co to oznacza. Najprawdopodobniej chodzi o dwie rzeczy: rozciągnięcie procesu zamykania kopalń na okres kilkudziesięciu lat oraz utrzymywanie ich w tym czasie przy życiu dotacjami. Kontekst jest szerszy, dlatego należy się kilka słów wyjaśnienia.

Aktywne wygaszanie górnictwa węgla kamiennego w Niemczech rozpoczęło się już w latach 70. ubiegłego wieku. Ostatnia kopalnia – Prosper-Haniel w Zagłębiu Ruhry – została zamknięta w 2018 r. Był to więc proces dłuższy niż planuje to strona polska, lecz ani postęp technologiczny, ani rozpadający się ekosystem nie dają nam więcej czasu. Więcej czasu nie dały nam też wcześniej grupy interesu, które dotychczas cynicznie rozgrywały górników, a dzisiaj czują już, że mają nóż na gardle.

Dalej: transformacja niemiecka składała się nie tylko z subsydiowania kopalni tracących rentowność, lecz i z wielostronnego dialogu angażującego organizacje górnicze, społeczności lokalne, aktywistów ekologicznych i świat nauki. Wszystko to działo się w kraju znacznie bogatszym i lepiej zorganizowanym niż Polska, posiadający bez porównania silniejszy ruch pracowniczy zdolny do artykulacji swojego interesu oraz pełniejsze życie obywatelskie. W ten sposób niegdysiejsze regiony górnicze stały się centrami rozwoju bezemisyjnych technologii i nowych miejsc pracy. Polskie porozumienie z 25 września mówi jedynie o “inwestycjach w nisko i zero emisyjne źródła energii realizowane z węgla kamiennego, m.in. poprzez inwestycje w Elektrowni Łaziska z wykorzystaniem technologii CCU oraz instalacji do produkcji wodoru z węgla koksowniczego” (pkt 5b). 

Nie brzmi to jak “model niemiecki”, ponieważ nie stanowi odejścia od węgla. CCU nie będzie żadnym decydującym czynnikiem w zielonej transformacji. Technologia ta pozwala na bezpośrednie zmniejszenie emisji CO2 ze spalania węgla, ale cała infrastruktura potrzebna do jej funkcjonowania jest bardzo energochłonna i pozostawia poważny ślad węglowy. Poza tym posiada inne niż emisyjne ryzyka ekologiczne. Po prostu nie ma “czystego węgla”.

Sprawą o niebagatelnym znaczeniu jest wreszcie to, że systemowe rezultaty Energiewende są coraz poważniej kwestionowane. Owszem Niemcy są liderem zielonych technologii i dają one w tym kraju obecnie 330 tys. miejsc pracy. Bilans jednak nie zwala z nóg: Niemcy nadal są europejskim liderem emisji CO2. Energia elektryczna jest w około 20-25 proc. wytwarzana z węgla, w czym największy udział ma węgiel brunatny, wyjątkowo niszczycielski dla środowiska. W 2019 r. nie udało się zrealizować redukcji emisji o planowane 40 proc. w stosunku do 1990 r. Na 2020 r. obowiązuje złagodzony cel redukcji w stosunku do pierwotnego, a i tak uda się go wypełnić tylko dzięki recesji wywołanej przez COVID-19.

Tempo rozbudowy sieci źródeł mocno osłabło – zwłaszcza w przypadku turbin wiatrowych, w dużej mierze wskutek protestów obywatelskich przeciwko chaotycznie realizowanym projektom wielkich koncernów, lekceważących życie społeczności lokalnych. Koniec końców, niemieckie ceny energii elektrycznej “w detalu” należą do najwyższych w Europie, co każe powątpiewać w to, czy Energiewende oznacza transformację de facto sprawiedliwą – powinna mieć ona bowiem charakter znacznie szerszy niż zachowanie miejsc pracy w rejonach pogórniczych. Jeśli zaś o nie chodzi, to bezrobocie w Gelsenkirchen i Bottrop – byłych miejscowościach kopalnianych położonych w Zagłębiu Ruhry – należy do najwyższych w Niemczech. Nie jest zatem zupełnie zielono i na pewno nie jest różowo. 

Zachodzi obawa, że odwołania do wzorca niemieckiego to kolejne mydlenie oczu. Polska znajduje się w innej sytuacji gospodarczej, inny jest też moment historyczny. Obecnie nawet w Niemczech, plan odejścia od węgla brunatnego do 2038 r. proponowany przez rząd i koncerny nie spełnia rygorów określonych przez oficjalną niemiecką komisję ekspercką ani założeń klimatycznych Porozumienia Paryskiego. Jest to m.in. spuścizna 40 lat neoliberalizmu, który interes kapitału stawia na pierwszym miejscu. Sprawiedliwa transformacja, będzie więc wielkim wyzwaniem przede wszystkim w zakresie samego modelu gospodarczego – o czym w Polsce nikt nie chce słyszeć, a na pewno nie rząd, któremu przewodzi Mateusz Morawiecki i w którym stanowisko ministra pracy otrzymuje Jarosław Gowin. To jest największe przekształcenie, jakie musi się dokonać – tak w Polsce, jak i nadal w Niemczech. Unijne pieniądze naprawdę wszystkiego nie załatwią.

Szanse na dialog?

Trzy dni po podpisaniu porozumienia minister Kurtyka i wiceminister Mazur wypowiedzieli się dla prasy zapowiadając sprawiedliwą transformację w energetyce poprzez rozwój branży najnowocześniejszych technologii, który zapewni nowe miejsca pracy. Znamy już tę retorykę z opowieści premiera o autach elektrycznych. Słusznie skomentował te słowa Jarosław Niemiec ze Związku Zawodowego “Przeróbka” (sektor węglowy). Zgodnie z jego sugestią, trudno wierzyć tym, którzy obiecują “cuda na kiju”, a nie wykazują chęci wzięcia się za sprawy podstawowe, przyjmując realne i wykonalne cele, oparte na technologiach dostępnych. Wielkim krokiem w kierunku tworzenia zrównoważonej gospodarki obfitującej w miejsca pracy byłaby np. odbudowa i rozbudowa sieci kolejowej w Polsce, połączona z akcją “TIRy na tory”.

Na razie nic nie zapowiada, że taki punkt widzenia będzie w ogóle reprezentowany w dalszych pracach nad przewidzianą w porozumieniu “umową społeczną” dla Śląska. Rzeczywista umowa społeczna wymaga wielostronnego dialogu, a biurokraci najsilniejszych związków zawodowych nie mogą udawać reszty mieszkańców Śląska. W bieżącym układzie taki dialog zwyczajnie nie nastąpi. Tylko dlatego strony porozumienia z 25 września mogły zgodzić się na zapisy zupełnie ”od czapy” – bo jak inaczej określić oczekiwanie, że Komisja Europejska zaakcepuje dotowanie kopalń z pieniędzy publicznych przez kolejne 29 lat? 

Opieranie się na nierealistycznych założeniach świadczy o braku odpowiedzialności po stronie tych, którzy uzurpują sobie prawo do określania przyszłości milionów ludzi na Śląsku. Zarówno podczas strajku, jak i na demonstracji w stolicy, szeregowi górnicy domagali się przede wszystkim poważnego potraktowania ich losu w transformacji ich regionu. To najzupełniej słuszne stanowisko, bez uwzględnienia którego głębokie przemiany zwyczajnie nie ruszą. Jedynie w ten sposób sprawiedliwa transformacja może ona przynieść oczekiwane rezultaty: odejście od węgla, nową zrównoważoną gospodarkę, szeroką korzyść społeczną i perspektywę inkluzywnego rozwoju. Martwi jednocześnie fakt, że organizacje i ruchy, które działają w Polsce na rzecz pierwszego z tych procesów, najczęściej lekceważą trzy kolejne warunki. Biorąc pod uwagę, że takie podmioty też muszą stanowić stronę szeroko zakrojonego dialogu społecznego w sprawie sprawiedliwej transformacji, trudno patrzeć w przyszłość optymistycznie.

Co jest obecnie najsłabszym ogniwem w dekarbonizacyjnej układance, sprawiającym, że w wszystkich stać na razie wyłącznie na uniki i rytualne gesty? Rząd Mateusza Morawieckiego nie jest wiarygodny ani dla UE, ani dla górników. Nic dziwnego – zaproponował porozumienie, które nie tylko ocieka pustosłowiem, ale przede wszystkim oparte jest na zupełnie niepoważnych założeniach. Komisję i Radę Europejską również raz za razem zwodzi w temacie przyjęcia konkretnych zobowiązań klimatycznych. Najbardziej prawdopodobny dziś scenariusz to stagnacja: rozmawiając z górnikami rząd o wszystko będzie obwiniał Unię, a przed Unią będzie się tłumaczył, że górnicy na nic mu nie pozwalają.

W tej sytuacji bardzo brakuje platformy, która pozwalałaby ostateczny kształt i przebieg Europejskiego Zielonego Ładu w Polsce (oraz w innych krajach) wypracować w bezpośrednim kontakcie z pracownikami i obywatelami, którzy mają stanowić tu kluczowy podmiot. Owszem, decyzje KE mają charakter odgórny i przekładają się na życie społeczeństw za pośrednictwem adaptujących je rządów. Są jednak możliwe do zastosowania bardziej demokratyczne formuły tworzenia unijnego prawa.

Kształt sprawiedliwej transformacji powinien być intensywnie dyskutowany na forum Parlamentu Europejskiego. Tym bardziej, że PE bardzo krytycznie podszedł do planów ograniczenia środków Funduszu Sprawiedliwej Transformacji w stosunku do pierwotnych założeń KE. To jest właśnie przestrzeń, w której powinien donośnie wybrzmieć głos polskiego górnictwa i mieszkańców Śląska – by cele i metody Unii mogły nabierać kształtu w kontakcie z rzeczywistością społeczną. Niezależnie nawet od samego wyniku takiego dialogu – który miałby szansę przerodzić się w wielostronną debatę o gospodarczej i społecznej przyszłości Europy, mógłby się on okazać politycznie wielce kształcący dla Śląska, dla reszty Polski i dla wszystkich obywateli UE. Nie dojdzie do tego jednak, o ile ktoś ze środowiska górniczego w naszym kraju nie zdobędzie się na pierwszy krok, by głośno domagać się uwagi ze strony Unii.

- Advertisement -

Najnowsze

Partycypacja na niby? Dziesięć lat idei i praktyki budżetów obywatelskich w Polsce

Budżety obywatelskie odbiegają dziś od pierwotnej idei i funkcjonują w formie, która mieszkańcom miast nie daje realnej szansy kształtowania ich wspólnoty.

Finanse zrównoważone: czym są i dlaczego są dziś szczególnie potrzebne?

Tradycyjny paradygmat finansów oparty na wyłącznie ekonomicznej perspektywie nie odpowiada potrzebom dzisiejszych czasów. Musimy uwzględniać nowe ryzyka. Umożliwia to taki rodzaj finansów, które włączają trzy perspektywy - ekonomiczną, środowiskową i społeczną - w procesy decyzyjne i w procesy zarządzania ryzykiem.

Newsletter prosto do Twojej skrzynki

Raz w miesiącu wyślemy Ci nasze najlepsze teksty z komentarzem od redakcji.



Administratorem danych osobowych jest Instrat - Fundacja Inicjatyw Strategicznych, ul. Oleandrów 7 lok.16, 00-629 Warszawa. Dane, które nam przekazujesz, wykorzystywane będą do informowania Ciebie o publikacjach i innych działaniach portalu Pospolita oraz w celach statystycznych. Informacja przekazywana będzie pocztą elektroniczną w postaci newslettera. Podanie danych osobowych jest dobrowolne, a jednocześnie konieczne do przekazania wymienionych treści. Masz prawo dostępu do przekazanych nam danych, prawo do ich usunięcia, aktualizacji, sprostowania, ograniczenia przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego. Więcej w polityce prywatności.

Polecane analizy