O służbie zdrowia myślmy systemowo

Rafał Bakalarczyk
Rafał Bakalarczyk
Dr nauk o polityce publicznej. Członek komisji ekspertów ds. osób starszych przy Rzeczniku Praw Obywatelskich, współpraca m.in. Fundacji Naukowej Norden Centrum i Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle'a.

Dyskusja o systemie ochrony zdrowia w Polsce i o możliwościach jego naprawy naznaczona jest przekonaniami o istnieniu “jednego cudownego sposobu”. Problemem jest jego ciągłe niedofinansowanie – to fakt. Istnieje jednak więcej aspektów polityki zdrowotnej, które trzeba uwzględnić, by stworzyć sprawnie działający system o pełnej dostępności dla obywateli.

Początek każdego roku w Polsce upływa pod znakiem finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zebrane podczas niego środki finansowe, idące w setki milionów złotych, wspomagają zazwyczaj placówki polskiej służby zdrowia. Od kilku lat Orkiestra musi mierzyć się z coraz dobitniejszymi zarzutami krytyków, twierdzących, że zasługi WOŚP są wyolbrzymiane przez media. Są i tacy, którzy uznali ją za zwyczajnie szkodliwą. Twierdzą, że akcja Jerzego Owsiaka odwraca uwagę od realnych problemów systemu publicznej ochrony zdrowia, a nawet sprzyja jej stopniowej prywatyzacji. Rzeczywiście, trudno nie zauważyć, że systemowe wyzwania służby zdrowia nie mają obecnie szans na zyskanie takiego miejsca w zbiorowej świadomości Polaków, jakie zajęła największa kraju akcja charytatywna.

To nie będzie jednak artykuł broniący lub krytykujący WOŚP. Prywatnie pozostając przychylny tej akcji społecznej, któa przeszła już w rodzaj święta narodowego , nie zamierzam w tym miejscu przekonywać tych, którzy z różnych powodów są wobec niej (lub wobec jej lidera) sceptyczni, czy wręcz otwarcie krytyczni. Powinniśmy skupić się przede wszystkim na szerokiej i pogłębionej debacie na temat systemowych problemów i wyzwań polityki zdrowotnej i koncepcji jej reformowania. Celowo piszę „ polityki zdrowotnej“ a nie po prostu „służby zdrowia” czy „opieki zdrowotnej/medycznej”, bowiem sprawa ma szerszy wymiar – obejmuje także wiele czynników środowiskowych, składających się na tzw. zdrowie publiczne i kształtowanych często poza ściśle rozumianym segmentem służby zdrowia.

Nieprzypadkowo na wstępie wspominam o WOŚP. Inicjatywa Jerzego Owsiaka stanowi przyczynek do szerszej dyskusji. Jaką rolę powinno odgrywać państwo w zaspokajaniu potrzeb zdrowotnych, a jaką rozmaite inicjatywy prywatne i społeczne (w tym charytatywne)? Jakie środki przeznaczane są na leczenie i opiekę, na co starczają i jak należałoby je alokować w systemie zdrowotnym? Czy w polskim społeczeństwie istnieje solidarność? Na ile powinna ona być realizowana poprzez oddolne zbiórki, a na ile w ramach systematycznie i obligatoryjnie uiszczanych danin na rzecz państwa czy wydzielonych funduszy odpowiedzialnych za dostarczanie świadczeń? To krąg pytań wyznaczający obszar polityki zdrowotnej w szerokim rozumieniu. Ponieważ jednak nie ma tu miejsca na omówienie wszystkich tych zagadnień, pozwolę sobie skupić się na kwestiach bardziej szczegółowych, ściśle związanych z działaniem samego systemu służby zdrowia.

Finansowanie: ważne nie tylko ile, lecz i jak

Pierwszy problem, który nasuwa się na myśl, to pieniądze. Statystyki od dawna pokazują, że w Polsce, mimo sukcesywnego wzrostu nakładów, udział publicznych wydatków na ochronę zdrowia pozostaje poniżej średniej zarówno dla krajów Unii Europejskiej jak i OECD. W 2019 r. publiczne nakłady na zdrowie w naszym kraju wyniosły 4,5% PKB podczas gdy średnia dla państw OECD była w tym czasie aż o 2 punkty procentowe wyższa – 6,6% PKB.

Niedoinwestowanie polskiej służby zdrowia sprawia, że w pierwszej kolejności to właśnie tutaj źródła podstawowych problemów i sposobów ich łagodzenia. Poniekąd słusznie, choć nie byłoby dobrze, gdybyśmy sprowadzili dyskusję do samych wskaźników procentowych i tempa ich osiągania.

Kluczowe wydaje się jednak to, by przedstawić ‒ choćby kierunkowo ‒ sposoby osiągniecia wyższego udziału nakładów na zdrowie ‒ ze świadomością wszystkich dylematów, plusów i minusów towarzyszących każdej z możliwych dróg. Przyglądając się zeszłorocznej kampanii wyborczej można było pozostać pod tym względem z poczuciem niedosytu. Poszczególne komitety licytowały się: kto obieca wyższy poziom rocznych wydatków na PKB i jak szybko osiągnie ten wskaźnik. Dużo mniej uwagi poświęcali kwestii, jak te cele mają zostać zrealizowane w ramach konkretnych programów. Tymczasem nawet jeśli zgodzimy się, że nakłady publiczne na opiekę zdrowotną muszą wzrosnąć i wykażemy wolę ich podniesienia, mechanizmy jakie trzeba w tym celu uruchomić nie są oczywiste, a mogą być przedmiotem sporu.

System opieki zdrowotnej jest finansowany głównie w ramach ubezpieczenia zdrowotnego, zasilanego przez tzw. składki zdrowotne, które przekazywane są do Narodowego Funduszu Zdrowia, skąd są rozdzielane wedle ustalonej wyceny poszczególnych świadczeń. To jednak nie wszystko. Istnieje też dofinansowanie publicznej służby zdrowia ze środków budżetowych. Właśnie z nich jest zasadniczo finansowane kształcenie kadr medycznych i około-medycznych. To również środki budżetowe ‒ warto podkreślić ‒ są przecież filarem sprawnie działającej służby zdrowia, a w polskich realiach są zarazem powodem do niepokoju ze względu na braki kadrowe. Pewne zadania leżą w gestii samorządów (np. w kwestii szeroko rozumianej profilaktyki), a im szerzej rozumiemy politykę zdrowia publicznego, tym bardziej rozszerza się krąg instytucji i kanałów finansowania. Oprócz tego niebagatelną i często modernizującą rolę w finansowaniu poszczególnych elementów polityki zdrowotnej odgrywają od lat środki europejskie. Myśląc więc o zwiększaniu nakładów jak i ich alokacji w systemie, należałoby wziąć pod uwagę to zróżnicowanie.

Zostawiając na boku rozległą sferę zdrowia publicznego, a koncentrując się przede wszystkim na leczeniu i opiece zdrowotnej, stoimy nadal przed pytaniem: jak optymalnie zwiększyć nakłady? Jaką rolę powinna odgrywać w tym dążeniu składka zdrowotna i jej ewentualne podniesienie, a jaką np. dotowanie sektora zdrowotnego ze „wspólnego worka“, czyli z budżetu państwa? Ten i tak uproszczony dylemat powinien, jak sądzę, mocno wybrzmieć.

Po pierwsze, czy składka zdrowotna powinna zostać podniesiona? Jeśli tak, to o ile? Pomysł zwiększenia składki zdrowotnej – obecnie na poziomie 9% podstawy wymiaru – pojawia się od lat, a jego zasadność sugerują niektórzy eksperci, m.in. prof. Stanisława Golinowska z Instytutu Zdrowia Publicznego UJ.

Po drugie, czy katalog oskładkowanych dochodów nie powinien być rozszerzony, np. w taki sposób, by także za osoby pracujące na umowę o dzieło odprowadzana była składka zdrowotna? Za tym rozwiązaniem przemawiałoby także to, że mechanizm ten pozwoliłby włączyć do systemu powszechnego ubezpieczenia także grupę, której przynajmniej część jest z niego wykluczona. Osoby, które pracują wyłącznie w oparciu o umowę o działo, a nie są z innego tytułu objęci ubezpieczeniem zdrowotnym, mogą pozostawać bez prawa do bezpłatnego korzystania ze świadczeń opieki zdrowotnej, a korzystając z niej ‒ narazić się na ogromne koszty.

Po trzecie, jaką rolę w poszerzeniu przychodów NFZ może odgrywać wspieranie w pełni oskładkowanego wynagrodzenia i wzrostu płac? W aktualnym systemie finansowania służby zdrowia, środki na ten cel są pochodną sytuacji na rynku pracy. Poziom zatrudnienia i płac, od których odprowadzane są składki, rzutuje na to, ile pieniędzy trafi do funduszu. Relatywnie dobra koniunktura gospodarcza ostatnich lat i stopniowy wzrost wynagrodzeń był jednym z głównych czynników, dzięki którym przez minione lata publiczne nakłady na służbę zdrowia w liczbach bezwzględnych rosły. Co będzie w dobie rychłej dekoniunktury?

Warto w tym miejscu postawić też problem wciąż ograniczonych wskaźników zatrudnienia w Polsce. Skuteczne działania na rzecz podnoszenia poziomu zatrudnienia, w tym aktywna polityka przeciwdziałania bezrobociu, to procesy, które choć na pierwszy rzut oka nie wiążą się z polityką zdrowotną, mają fundamentalne znaczenie dla jej finansowania. Dlatego próbując zwiększyć nakłady na zdrowie nie można pominąć także instrumentów odnoszących się do polityki zatrudnienia. Nawiasem mówiąc, ciekawe, że choć w ostatniej kampanii wyborczej wszystkie komitety zapowiadały szybkie zwiększenie wydatków na zdrowie, to żaden z nich nie postawił w randze priorytetów politycznych podniesienie współczynnika zatrudnienia, np. do poziomu średniej europejskiej.

Po czwarte, jaką rolę w podnoszeniu nakładów publicznych na zdrowie powinno odgrywać finansowanie z budżetu? Przy zachowaniu aktualnych ram finansowania opieki zdrowotnej w Polsce jest to przede wszystkim pytanie o wielkość środków z centralnego rozdzielnika, jakie będą dołożone do tego, co udaje się zebrać ze składek. Być może warto wykazać się odwagą w myśleniu i zapytać, czy stać nas na pójście w kierunku systemu zaopatrzeniowego, w którym służba zdrowia finansowana jest z podatków, a nie z wyodrębnionych składek. Takie systemy funkcjonują w szeregu krajów europejskich – przede wszystkim w Skandynawii i Wielkiej Brytanii. W części środowisk o socjalnej orientacji jest spora aprobata dla tego typu rozwiązań, ale na pewno warto bardzo poważnie rozważyć wszystkie argumenty za i przeciw. Nawet jeśli coś dobrze działa w krajach skandynawskich, nie zawsze musi równie sprawnie zadziałać u nas, a żeby działało mogą być wymagane dodatkowe warunki.

Po piąte, trzeba odnieść się do dyskusji o dodatkowych prywatnych i quasi-prywatnych mechanizmach finansowania i współfinansowania opieki zdrowotnej. Czy powinniśmy dopuścić w jakiejkolwiek postaci formułę współpłacenia za leczenie, choćby bardzo mocno limitowanego (jak to ma miejsce choćby w Czechach i Szwecji), czy też uchylenia tej furtki należy się wystrzegać za wszelką cenę? A co z regularnie powracającym pomysłem dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego, w ramach którego mogłyby być finansowane także świadczenia w ramach publicznej służby zdrowia? Jakie szanse, a jakie zagrożenia to ze sobą niesie? Co z medycznymi pakietami dodatkowego ubezpieczenia, które już teraz niektórzy pracodawcy oferują swoim pracownikom? Czy powinny być publiczne, np. fiskalne, zachęty dla tego typu praktyk?

Warto zwrócić uwagę, że choć system służby zdrowia pozostaje publiczny i ma to umocowanie konstytucyjne, to za sprawą m.in. długiego okresu oczekiwania na określone zabiegi, część obywateli, jeśli ma możliwość, korzysta z prywatnej służby zdrowia i ponosi koszty z własnej kieszeni. W tym sensie częściowa prywatyzacja opieki zdrowotnej ma miejsce już teraz, mimo że rządzące państwem formacje polityczne nie dążą do tego w sposób otwarty. Część zjawisk powiązanych z mechanizmami rynkowymi i środkami prywatnymi w służbie zdrowia stała się faktem i należy podejść do nich krytycznie. Nie należy się łudzić, że dodatkowe prywatne lub quasi-prywatne mechanizmy uleczą, ani tym bardziej zastąpią naszą niedoinwestowaną służbę zdrowia. Z drugiej strony, nie należy też zbyt łatwo zbywać te pomysły lub już istniejące zjawiska jako wykraczające poza podstawową opiekę zdrowotną i tylko z tego powodu niewarte uwagi.

Finansowanie: nie tylko ile, ale i jak dzielić?

Kolejny problem – trudniejszy, jak sądzę, nie tylko politycznie, lecz i etycznie ‒ odnosi się do tego, jak środki krążące w systemie zdrowotnym rozlokować. Chodzi o wycenę poszczególnych świadczeń i poziom finansowania poszczególnych gałęzi medycyny. Ile na onkologię, na kardiologię, ile na pediatrię, itd. To pytanie, które dotyczy nie tylko rozkładu środków pomiędzy poszczególne cele, ale też form organizacji opieki i leczenia. Przykładowo, od lat pojawia się pytanie o to, jaką rolę powinno odgrywać leczenie szpitalne, a jaką ambulatoryjne. Prof. Golinowska pisze:

„W ramach opieki zdrowotnej (medycyny naprawczej) dominują nakłady na opiekę zdrowotną, na szpitale. Udział wydatków na szpitale w wydatkach całkowitych na ochronę zdrowia wynosi 35% i jest o 5 punktów procentowych wyższy niż przeciętna dla krajów europejskich ”

Problem nadmiernego oparcia na leczeniu szpitalnym nabiera szczególnego znaczenia w odniesieniu do niektórych dziedzin opieki zdrowotnej, np. psychiatrii. Coraz większą popularność zdobywa pogląd, że znacznie większy powinien być udział środowiskowych form wsparcia i leczenia dla ludzi z zaburzeniami zdrowia psychicznego zamiast kierowania ich do pobytu na oddziałach szpitalnych, a dzisiaj jest to praktyka dominująca. Problem (de)instytucjonalizacji pojawia się także w innych działach, np. opieki długoterminowej i hospicyjnej. Jak zatem widać, wyzwaniem jest nie tylko ogólna pula środków na zdrowie i ich podział między dziedzinami, lecz także to, w jakiej formie i jakimi mechanizmami opiekę i leczenie zapewniać, by jak najlepiej służyło ono określonym wartościom i celom, nie tylko ekonomicznym. I w tym sensie jest to wyzwanie polityczne.

Oprócz efektywności jakość i dosptępność

Żeby móc dokonywać ocen, a zarazem żeby projektować i przeprowadzać reformy na obszarach finansowania i organizacji opieki zdrowotnej, trzeba mieć na uwadze różne kryteria ‒ nie tylko ekonomiczne, lecz także medyczne i społeczne. Obok efektywności warto przede wszystkim myśleć o skuteczności leczenia, a także o jakości opieki. Nie można zapomnieć też o kwestii dostępności. Czy obecnie powszechna opieka zdrowotna jest dostępna? W jakim zakresie i dla kogo jest, a dla kogo nie? Jakie są bariery dostępu i jak można je eliminować?

Bariery są oczywiście wielorakie. Mogą mieć one charakter formalno-prawny, związany z tym, że ktoś nie nabywa statusu osoby ubezpieczonej, lub ścieżka jego uzyskania w danym przypadku okazuje się trudna do przejścia. Mogą to być także bariery materialne: przestrzenne, związane z brakiem określonych świadczeń. Przykładem jest choćby dostęp do ginekologa dla kobiet z terenów wiejskich. W komunikacie z raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2018 r. czytamy:

„Kobiety zamieszkałe na wsi miały utrudniony dostęp do ambulatoryjnych świadczeń ginekologiczno-położniczych finansowanych ze środków publicznych. Choć standardy opieki okołoporodowej są jasno wyznaczone, część poradni ginekologicznych ma problemy z ich przestrzeganiem. Nie wszystkim kobietom w ciąży wykonano pełny zakres badań zalecanych standardami opieki okołoporodowej. Wciąż też zdarzają się poradnie, które nie gwarantują pacjentkom prawa do intymności.”

Nie wystarczy zatem, żeby służba zdrowia była publiczna, by była też realnie dostępna i zapewniała odpowiednie standardy jakości wraz z poszanowaniem praw pacjentów i pacjentek.

Zdrowie publiczne i profilaktyka

Współcześnie wiadomo, że za zdrowie człowieka i społeczeństwa tylko w części odpowiada sam system opieki zdrowotnej. Tak samo ważne są czynniki środowiskowe, warunki i styl życia. Kształtowanie tych warunków tak, żeby bardziej służyły ludziom, to wyzwanie z obszaru zdrowia publicznego, którego nie powinniśmy tracić z pola widzenia, gdy rozmawiamy systemowo o polityce zdrowotnej. Miniona dekada przyniosła różne działania mające w założeniach wzmacniać potencjał zdrowotny ‒ od orlików i zakazu niezdrowej żywności w sklepikach szkolnych za rządów PO-PSL po koncepcję podatku cukrowego za rządów Zjednoczonej Prawicy.

Nie należy bezkrytycznie poprzestawać na konstatacji, że podjęto w ogóle jakieś działania, ale dyskutować o ich realnym kształcie i skuteczności. Owszem, pewne kroki poczyniono, można mieć jednak wrażenie, że wciąż są to działania punktowe i brakuje całościowej, do tego efektywnie realizowanej strategii w zakresie zdrowia publicznego. Ponadto wiele wymiarów naszego życia społeczno-ekonomicznego w sposób szególny nie służy zachowaniu zdrowia, wobec tego chorujemy ponad miarę, przedwcześnie tracąc zdrowie i życie. Skalę występowania i postępowania wielu problemów zdrowotnych można było mocno ograniczyć i to nawet niezależnie od tego, co dzieje się w samej służbie zdrowia.

Jest to, jak widać, bardzo złożona problematyka wypełniona dylematami. Celem tego tekstu jest m.in. jej doprecyzowanie i usystematyzowanie, by nie dać się łatwo zwieść lub oczarować polityczno-marketingowym sloganom. Gdy więc politycy mówią, że zwiększą nakłady, zapytajmy, który wariant może być najkorzystniejszy i dla kogo? Nie zadowalajmy się samymi obietnicami wzrostu nakładów, ale dążmy do tego, by szły za nimi propozycje zmian organizacji systemu, i poddawajmy je ocenie. Oceniajmy na podstawie wielu kryteriów, także odwołujących się do takich wartości jak równość czy niezgoda na wykluczenie. Nie zapominajmy wreszcie, że bardzo dużo zależy od tego, co dzieje się poza wąsko rozumianą opiekę zdrowotną, i że w związku z tym zmian należy oczekiwać także w innych sferach polityki państwa i życia społeczno-gospodarczego.

Przechodząc do rekomendacji rozwiązań, wypada zacząć oczywiście od tych, które mogą służyć podniesieniu nakładów na ochronę zdrowia w relacji do PKB. Będą to po kolei:

1. Podjęcie zdecydowanych i kompleksowych działań na rzecz wzrostu poziomu stabilnego i oskładkowanego zatrudnienia. Przydałoby się przyjęcie całościowej strategii, z wyznaczeniem celów, wskaźników i instrumentów realizacji. Liczna oskładkowanych umów o pracę ma znaczące przełożenie na przychody publicznej służby zdrowia. W ramach tej strategii szczególnie warto położyć nacisk na zwiększenie zatrudnienia w sektorze zdrowia i opieki. Przede wszystkim dlatego, że mamy na tym odcinku szczególnie dotkliwe braki, stanowiące strukturalny problem sektora zdrowotnego, źle wpływający na jakość oraz dostępność opieki i leczenia. Poza tym sektor ten może być szczególnie chłonny jeśli chodzi o potencjał zatrudnieniowy kobiet. To właśnie niski poziom zatrudnienia kobiet bardzo mocno przekłada się na niski poziom zatrudnienia ogólnie (i w konsekwencji nie dość wysokie przychody NFZ).

2. Rozpoczęcie dyskusji na temat stopniowego podniesienia składki zdrowotnej i przemyślana promocja tego rozwiązania. Warto rozmawiać o samej konstrukcji zmiany,tak żeby nie podniosła ona znacząco kosztów pracy osób słabo wynagrodzonych i pośrednio nie przyczyniała się do wypychania ich poza rynek pracy lub na nieoskładkowane formy pracy. Jak zauważa prof. Dawid Sześciło:

„Zmiany w poziomie składki można uczynić nieodczuwalnymi dla płacących o najniższych dochodach, jeśli zostaną one zrekompensowane obniżką innych obciążeń podatkowych czy ubezpieczeniowych. Chodzi o to, aby niezbędny wzrost przychodów ze składek nie dotknął dochodów osób najsłabiej zarabiających, których płace są już obecnie obciążone nieproporcjonalnie wysokimi kosztami składek i podatków.”

3. Opracowanie formuły pozwalającej na objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym osób utrzymujących się głównie lub wyłącznie z umów o dzieło. Oskładkowanie (choćby nieznaczne) tych umów pozwoliłoby upiec przynajmniej dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, poszerzyłoby dostęp do publicznej służby zdrowia dla grupy dotychczas prawie z niej wykluczonej. Po drugie, mogłoby przyczynić się do tego, że więcej środków spłynie do kasy służby zdrowia. Ważne są nie tylko bezpośrednie wpływy z oskładkowanych umów, ale także to, że umowy takie traciłyby nieco na atrakcyjności wobec np. oskładkowanych już zleceń. W niektórych przypadkach mogłoby to zmniejszyć motywację do nadużywania formy umowy o dzieło.

4. Opracowanie systemowych, nie tylko doraźnych, metod budżetowego uzupełniania przychodów służby zdrowia pochodzących ze składek. Ma to tym większe znaczenie, że czeka nas spowolnienie gospodarcze, więc wpływy z oskładkowania pracy mogą topnieć, zwłaszcza jeżeli niepodjęte zostaną skuteczne działania opisane w pierwszym punkcie. Ponownie oddajmy głos prof. Sześciło:

„Potrzebny jest całościowy, krytyczny przegląd instytucji i programów państwa pod kątem obszarów, gdzie można byłoby wygospodarować oszczędności składające się na swoisty fundusz ratunkowy dla zdrowia”.

5. Wszystkie te propozycje wzięte pod uwagę łącznie, a przynajmniej niektóre z nich, powinny być proponowane w pakiecie pomysłów na reformę systemu, jeżeli pomysły te mają wzbudzić szersze poparcie i zostać potraktowane z powagą. Nieuniknione jest doprecyzowanie koszyka świadczeń gwarantowanych i standardu dostępności do nich (także z określeniem dopuszczalnego czasu oczekiwania na usługę).

Jedna z możliwości została zawarta w przytoczonej wyżej analizie prof. Sześciły – jest nią określenie minimalnego koszyka na poziomie krajowym, a także stworzenie możliwości (również finansowych) władzom regionalnym, by mogły one określać regionalny uzupełniający koszyk gwarantowany wykraczający poza to krajowe minimum.

Ku przeniesieniu większych kompetencji na poziom regionalny skłania się w swych propozycjach także dr Marek Balicki. Przedstawił on nowy, bardziej zdecentralizowany model opieki zdrowotnej, z innym niż dotychczas podziałem kompetencji między różne szczeble administracji państwowej

6. Należy też opracować swojego rodzaju „zieloną księgę“, która diagnozowałaby i zestawiała: a) główne czynniki prowadzące do barier lub nierówności w dostępie do opieki zdrowotnej oraz sposoby ich ograniczenia, a najlepiej wyeliminowania, b) występujące w systemie zagrożenia dla jakości procesu leczenia i (co również ważne) opieki oraz dla jakości życia pacjenta i jego najbliższych, jak również skuteczności w osiąganiu wyników medycznych przy leczeniu określonych chorób ‒ tak samo w działaniach profilaktycznych oraz rehabilitacyjnych. Taka całościowa diagnoza wraz z kierunkowymi rekomendacjami mogłaby stać się podstawą do opracowania i wdrażania już bardziej konkretnych zmian prawnych i organizacyjnych.

7. Nie obejdzie się też bez nadania wyższej rangi w agendzie zdrowotnej zagadnieniu profilaktyki i zdrowia publicznego. Działania w tym zakresie powinny być skonsolidowane na poziomie jednej strategii, choć dotyczyłyby różnych sfer życia społecznego. Zagadnienia te powinny być traktowane jako problemy o tym samym ciężarze gatunkowym, co kwestie związane z medycyną naprawczą w ramach służby zdrowia.

Powyższe propozycje to punkt wyjścia i zaproszenie do dalszej dyskusji. Dyskusji, dodajmy, bardzo potrzebnej, która powinna stać się częścią głównego nurtu polityki publicznej i politycznego sporu. Polskiej służby zdrowia nie uleczą kosmetyczne i techniczne korekty, ale przemyślane przekształcenia systemowe.

- Advertisement -

Najnowsze

Kruchy pakt górników z rządem. Początek sprawiedliwej transformacji? Raczej gra pozorów

Porozumienie, które podpisano 25 września, po strajku w kilku kopalniach, mogło stać się pierwszym krokiem na drodze do sprawiedliwej transformacji Śląska. Wiele wskazuje jednak, że tak nie będzie.

Czterdzieści lat “Solidarności”: jak elity zdradziły robotników

Minęła kolejna dekada od czasu Porozumień Sierpniowych w 1980 r. Niestety narracja dominująca zarówno w mediach jak i w przekazie polityków konsekwentnie pomija robotniczy, klasowy charakter tamtych historycznych wydarzeń.

Newsletter prosto do Twojej skrzynki

Raz w miesiącu wyślemy Ci nasze najlepsze teksty z komentarzem od redakcji.



Administratorem danych osobowych jest Instrat - Fundacja Inicjatyw Strategicznych, ul. Oleandrów 7 lok.16, 00-629 Warszawa. Dane, które nam przekazujesz, wykorzystywane będą do informowania Ciebie o publikacjach i innych działaniach portalu Pospolita oraz w celach statystycznych. Informacja przekazywana będzie pocztą elektroniczną w postaci newslettera. Podanie danych osobowych jest dobrowolne, a jednocześnie konieczne do przekazania wymienionych treści. Masz prawo dostępu do przekazanych nam danych, prawo do ich usunięcia, aktualizacji, sprostowania, ograniczenia przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego. Więcej w polityce prywatności.

Polecane analizy