Reprywatyzacja: historia złodziejstwa. Dość tego! Czas na ustawę [OPINIA]

Jan Śpiewak
Jan Śpiewak
Socjolog miasta, działacz społeczny, publicysta, doktorant UW. Prezes stowarzyszenia Wolne Miasto Warszawa. Były radny warszawskiej dzielnicy Śródmieście (2014-2018). Założyciel i były przewodniczący Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze (2014-2016). Autor książki „Ukradzione miasto. Kulisy wybuchu afery reprywatyzacyjnej” (2017). Znany z nagłośnienia wielu przypadków nieprawidłowości przy reprywatyzacji nieruchomości w Warszawie.

Społeczeństwa ocenia się po tym, jak traktują swoich najsłabszych. W przypadku reprywatyzacji państwo stawało po stronie silnych, wykorzystując swoją siłę do odbierania słabszym bezpieczeństwa, majątku i zdrowia. Właśnie stanęliśmy przed historyczną szansą, żeby to zmienić.


Przez dekady w Polsce dominował neoliberalny model stosunków społecznych. Państwo wspierało bogatych i wpływowych. Potrafiło o nich walczyć z zaskakującą skutecznością. Okazywało się natomiast bezradne, gdy krzywda dotykała najsłabszych. Panował paradygmat uspołeczniania kosztów i prywatyzacji zysków. Neoliberalna choroba dotknęła przemysł, uniwersytety, rynek pracy, politykę mieszkaniową, transport publiczny, planowanie przestrzenne i właściwie każdą sferę funkcjonowania państwa.

Największe bezprawie III RP

Jedną z najbardziej przejmujących patologii III RP bez wątpienia jest dzika reprywatyzacja. Dotknęła ona niemal całej Polski. Najbardziej dramatyczną i największą skalę problem ten przybrał w stolicy. Warszawa została w czasie wojny niemal doszczętnie zburzona. Straty były tak wielkie, że na poważnie zastanawiano się nad przeniesieniem stolicy do Łodzi. Zdecydowali jednak sami ludzie, którzy przez zamarzniętą Wisłę zimą 1945 roku wracali do swojego miasta. Hasło „cały naród buduje swoją stolicę” nie było propagandą. Przez ponad dekadę, od roku 1946 do roku 1958, poprzez Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy pół procenta każdej pensji wypłacanej w Polsce szło na odbudowę. Z ziem zachodnich do Warszawy przyjeżdżały pociągi wyładowane cegłami. Szacuje się, że warszawiacy w czynie społecznym, za darmo, przepracowali przy odbudowie miasta nie mniej niż 50 milionów godzin.

Odbudowa nie byłaby możliwa bez Dekretu Warszawskiego, zwanego również Dekretem Bieruta. Warszawa przed wojną była w ogromnej większości miastem prywatnym. Samorząd i skarb państwa dysponował jedynie niewielkimi nieruchomościami. Wprowadzone w 1945 roku prawo przewidywało, że nieruchomości w Warszawie zostaną znacjonalizowane. Przedwojenni właściciele mogli zachować swoje nieruchomości jedynie, jeżeli nie były one wykorzystywane na publiczne cele, przebywali oni w Warszawie i dysponowali środkami do odbudowy. W przeciwnym wypadku przysługiwało im odszkodowanie, które miała wypłacić specjalnie powołana komisja majątkowa. Niestety nie została ona nigdy powołana, chociaż wystarczyłoby rozporządzenie odpowiedniego ministra.

Po 1989 roku spadkobiercy dawnych właścicieli zaczęli domagać się rekompensaty. Ustawę reprywatyzacyjną zdołał uchwalić rząd AWS-UW. Była ona dość hojna i przewidywała odszkodowania na poziomie 50 proc. wartości utraconych nieruchomości. Ustawa została zawetowana przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który wypowiedział wówczas prorocze słowa, że sądy powinny regulować tę kwestię. No i zaczęły. Prawnicy i biznesmeni skupujący roszczenia do warszawskich nieruchomości zdobyli wkrótce ogromny wpływ na orzecznictwo Naczelnego Sądu Administracyjnego. Zdołali oni przekonać sędziów, że decyzje nacjonalizacyjne wydawane pod koniec lat 40-tych i 50-tych można eliminować z obrotu prawnego, tak jakby nigdy ich nie było. Można było zignorować odbudowę miasta z ruin, sprzedane lokale w kamienicach, zmienione granice działek i wreszcie, można było zignorować mieszkających w tych domach mieszkańców.

Stworzono całkowitą prawniczą fikcję udając, że można cofnąć czas. Sądy administracyjne poszły tak daleko, że podważyły samą zasadność istnienia celu publicznego. Przecież szkoły i parki też mogą być prywatne. W stolicy za czasów Hanny Gronkiewicz-Waltz zaczęła się prawdziwa reprywatyzacyjna bonanza. Prezydent nakazała wydawać po 300 pozytywnych decyzji reprywatyzacyjnych rocznie. Oznaczało to, że urzędnicy przekazywali jedną nieruchomość dziennie! Mówimy o skomplikowanej materii prawnej, spadkowej i historycznej. Budynki często przed wojną były zadłużone i odbudowywane za publiczne pieniądze. Zmieniały się granice działek i ich charakter. Pod koniec rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz doszło już do tego, że reprywatyzowano budynki wybudowane w całości po wojnie. Ratusz nie widział problemu w działalności kuratorów osób, które miały w momencie reprywatyzacji po 120 lat. Nie stanowiło dla niego problemu, że roszczenia do nieruchomości wartych miliony szemrani biznesmeni kupowali czasem dosłownie za 50 złotych. Dlaczego akurat własność przedwojennych budynków państwo otacza taką opieką? Nigdy nie doczekaliśmy się ustawy, która wynagradzałaby utracone zdrowie, rodziny i majątek ruchomy, który Polacy stracili podczas wojny.

Wraz z budynkami miasto przekazywało nowym właścicielom również samych lokatorów. W slangu czyścicieli kamienic była to tzw. „wkładka mięsna”, której należało się jak najszybciej pozbyć. Ułatwiły to wyroki Trybunału Konstytucyjnego, które umożliwiły drastyczne podwyżki czynszów. Dominowała wówczas narracja, że lokatorzy mieszkań komunalnych to „pasożyty”, które zajmują „pałace” w centrum miasta i nic za nie nie płacą. Dzięki temu media i opinia publiczna długo odwracała od tego problemu wzrok.

Tymczasem w stolicy działy się rzeczy straszne. Nowi właściciele niszczyli lokatorom życie. Podstawową metodą było zadłużanie poprzez podwyżki czynszów. Gdy to nie działało odcinano im wodę, prąd a nawet, jak w przypadku jednej z kamienic na Pradze, dosłownie zdjęto im dach nad głową. Mafia reprywatyzacyjna nie wahała się też zabić. W 2011 roku znaleziono w Lesie Kabackim spalone ciało działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej. Ile osób straciło zdrowie i życie na skutek traumy i stresu? Dziesiątki, jeśli nie setki. Pełnej listy ofiar warszawskiej reprywatyzacji zapewne nigdy nie poznamy. Mamy też jedynie szacunki dotyczące tego, ile osób musiało się wyprowadzić z własnych domów. Mogło to być nawet 55 tysięcy ludzi.

W 2016 roku temat eksplodował z pełną siłą: wybuchła afera reprywatyzacyjna. Od tego czasu warszawski ratusz jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wstrzymał reprywatyzację. W sensie prawnym nic nie zmieniło. Po prostu politycy Platformy Obywatelskiej zaczęli się wreszcie bać konsekwencji swoich działań. Wcześniej ignorowali korzystne wyroki Trybunału Konstytucyjnego, które podważały legalność całej reprywatyzacji w wykonaniu sądów administracyjnych i warszawskiego ratusza. Nie chcieli słuchać lokatorów, którzy podważali legalność przekazywania umów najmu prywatnym osobom. Nie zważali na to, że budynki w Warszawie w znacznej części były obłożone hipotekami. Nie chcieli powoływać się na Kodeks Napoleona i przejąć na publiczną własność tysięcy kamienic, których właścicieli zginęli podczas II Wojny Światowej. Od tego czasu warszawscy lokatorzy żyją w strachu. Do ponad ośmiu tysięcy nieruchomości wciąż są roszczenia. Ratusz mówi, że wszystko było legalne. Skarży korzystne dla siebie decyzje komisji weryfikacyjnej i blokuje wypłaty odszkodowań ofiarom reprywatyzacji. W marcu Paweł Rabiej, wiceprezydent stolicy, zapowiedział, że jest „zmuszony” do wznowienia procesu reprywatyzacji nieruchomości wraz z ludźmi.

Teraz albo nigdy

W ciągu ostatnich dwóch tygodni otworzyło się być może historyczne okienko na przywrócenie sprawiedliwości dla lokatorów. Zostałem ułaskawiony przez prezydenta w sprawie dotyczącej reprywatyzacji kamienicy na warszawskiej Ochocie. Sąd uczynił mnie przestępcą za ujawnienie kulis przejęcia nieruchomości. Od tego czasu temat reprywatyzacji znowu wrócił do debaty publicznej. Obóz rządzący i lewica zgłosiły własne projekty, które zakończyłyby dziką reprywatyzację w stolicy. Projekt rządowy kończy z reprywatyzacją kamienic wraz z lokatorami i przekazuje środki na odszkodowania dla ofiar czyszczenia kamienic do budżetu państwa. Dzięki temu ratusz nie będzie mógł już blokować ich wypłat. To ogromny krok naprzód, który sprawi, że nikt już nie powinien przepłacić reprywatyzacji swoim zdrowiem i majątkiem. Daje szansę również na naprawienie morza krzywd wyrządzonych bezbronnym ludziom.

Projekt lewicy idzie nawet dalej. Blokuje możliwość takiego sposobu korzystania przez sądy i prawników z kodeksu postępowania administracyjnego, który sprzyja zwrotom kamienic. Oznacza koniec reprywatyzacji nieruchomości w naturze zarówno na podstawie Dekretu Bieruta jak i ustawy o reformie rolnej. Oba projekty stanowią spełnienie postulatów, które lokatorzy głoszą od ponad dwóch dekad.

Jednocześnie żadna z tych dwóch propozycji nie zamknie kwestii odszkodowań, które spadną na budżet państwa i samorządów, czyli nas wszystkich. Do tego potrzebna jest kompleksowa ustawa reprywatyzacyjna – jeszcze inna – której założenia przedstawiła również lewica.

Projekty, które mają szansę trafić już w najbliższy piątek pod obrady sejmu, kończą raz na zawsze piekło warszawskich lokatorów. Jest szansa, żeby III RP wreszcie stanęła po stronie słabych, a nie silnych. To symboliczna i historyczna chwila. Dzisiaj potrzebujemy nacisku opinii publicznej na polityków w tej sprawie. Zakończenie dzikiej reprywatyzacji to sprawa ponadpartyjna, która powinna znaleźć poparcie wśród przedstawicieli wszystkich obozów politycznych. Polityka to praca na rzecz dobra wspólnego, a nie wpływowych lobby. Czas na ostre cięcie i sprawiedliwość dla lokatorów.

- Advertisement -

Najnowsze

Kruchy pakt górników z rządem. Początek sprawiedliwej transformacji? Raczej gra pozorów

Porozumienie, które podpisano 25 września, po strajku w kilku kopalniach, mogło stać się pierwszym krokiem na drodze do sprawiedliwej transformacji Śląska. Wiele wskazuje jednak, że tak nie będzie.

Czterdzieści lat “Solidarności”: jak elity zdradziły robotników

Minęła kolejna dekada od czasu Porozumień Sierpniowych w 1980 r. Niestety narracja dominująca zarówno w mediach jak i w przekazie polityków konsekwentnie pomija robotniczy, klasowy charakter tamtych historycznych wydarzeń.

Newsletter prosto do Twojej skrzynki

Raz w miesiącu wyślemy Ci nasze najlepsze teksty z komentarzem od redakcji.



Administratorem danych osobowych jest Instrat - Fundacja Inicjatyw Strategicznych, ul. Oleandrów 7 lok.16, 00-629 Warszawa. Dane, które nam przekazujesz, wykorzystywane będą do informowania Ciebie o publikacjach i innych działaniach portalu Pospolita oraz w celach statystycznych. Informacja przekazywana będzie pocztą elektroniczną w postaci newslettera. Podanie danych osobowych jest dobrowolne, a jednocześnie konieczne do przekazania wymienionych treści. Masz prawo dostępu do przekazanych nam danych, prawo do ich usunięcia, aktualizacji, sprostowania, ograniczenia przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego. Więcej w polityce prywatności.

Polecane analizy