Strategia Seneki ocali kapitalizm? Polemika z książką Edwina Bendyka

Paweł Jaworski
Paweł Jaworski
redaktor naczelny Pospolitej, wcześniej niezależny publicysta i działacz społeczny. Następnie członek redakcji dziennikarskiego Portalu Strajk. Współpracownik Fundacji Instrat. Pisze o globalnych procesach gospodarczych, wyzwaniach sprawiedliwej transformacji energetycznej i napięciach społecznych późnego kapitalizmu. Absolwent Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Nowym zwyczajem stało się powtarzanie, że “po pandemii COVID-19 wszystko musi się zmienić”. To prawda, ale sztuką jest wyjaśnić, na czym ma polegać epokowa zmiana i czemu jest ona nieuchronna. Cenionemu publicyście “Polityki” udaje się to w dużym stopniu, choć nie do końca. Istotą systemowej przemiany musi być złożona transformacja energetyczna zgodna z celami klimatycznymi. Ale to jeszcze za mało. Czy da się dogłębnie zmienić nasze społeczeństwo?


Jest szczęściem w nieszczęściu, że książka “W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata” ukazuje się w środku pandemii koronawirusa. Plaga, która pozamykała część społeczeństwa  w domach, skłania niektórych do zafrasowania się nad stanem cywilizacji i dostrzeżenia, że nie tylko jej deficyty, lecz i normy jej funkcjonowania rodzą efekty mało kojarzące się nam jako cywilizowane. Do zrozumienia, że coś jest głęboko nie tak i wszyscy tkwimy w tym po uszy. I z takim nastawieniem część z nas sięga po nowe lektury podczas kwarantanny.

Autor książki, Edwin Bendyk, znany z tygodnika “Polityka” i bloga Antymatrix, zdecydowanie należy do awangardy publicystycznego mainstreamu, przede wszystkim dlatego, że stara się konsekwentnie unikać reprodukowania zastanych narracji. Już od lat treści obecne w refleksji socjologicznej, ekonomicznej, politologicznej, antropologicznej i teorii systemów Bendyk twórczo przetwarza, zawsze serwując nam coś nowego – jakiś efekt “wow!”. Wsadził już kij w niejedno mrowisko. Podobnie jest i tym razem.

Jego nowa książka to w zasadzie zbiór esejów połączonych głębszym namysłem nad wyczerpywaniem się dominującego dziś modelu cywilizacyjnego. Nasze społeczeństwo przemysłowe na przestrzeni już kilkuset lat swojego istnienia zaciągnęło szereg kredytów – głównie u sił natury, które dziś wracają upomnieć się o swoje. Czeka nas epokowy kryzys – powiada Bendyk – po którym wszystko będzie się toczyć inaczej. To kryzys klimatyczny, energetyczny i związany z nimi kryzys kapitalizmu. Zbudowaliśmy społeczeństwa tak złożone, że koszt ich trwania przerasta ich żywotność. Szykujmy się zatem na katastrofę i tylko od nas zależy, czy wyjdziemy z niej mniej więcej szczęśliwie. Szanse mamy niewielkie. Największa trudność polega na tym, że aby z nich skorzystać musimy właśnie na nowo odkryć nasze “my” – na wielu obszarach: społecznym, gospodarczym, politycznym. Owszem, jest zapowiedzią apokalipsy, choć daną nam po to, byśmy odważyli się sami sobie dać szanse na przeżycie. A w porywach nawet na przyszłość.

Rewolucyjny koronawirus

Konstrukcja książki, przede wszystkim wstęp, jednoznacznie daje do zrozumienia, że została ona wzbogacona o nawiązania do pandemii COVID-19 tuż przed jej wydaniem. Nie nastąpiło to jednak kosztem żadnych szkód publicystycznych, pośpiesznego fastrygowania, wręcz przeciwnie. Koronawirus stanowi czytelny kontekst nadający książce nie tylko aktualność, ale i podkreślający pilną potrzebę jej natychmiastowej, uważnej lektury. Jest tak, ponieważ – zgodnie z trafnym przekonaniem Bendyka – pandemia nie wybuchła przypadkowo, chociaż nie jest też – jak głoszą fani teorii spiskowych – sprzysiężeniem podstępnych elit przeciwko gatunkowi ludzkiemu. Stanowi wypadkową ekploatacyjnego modelu hodowli zwierząt i globalnej gęstwiny połączeń komunikacyjnych. Jest to pewnego rodzaju fatum, które od pewnego czasu zbierało nad dzisiejszym kapitalizmem, aż na niego spadło.

(…)pandemia COVID-19 jest symptomem kryzysu i zmierzchu cywilizacji tworzonej przez ludzkość pracowicie od poprzedniej wielkiej transformacji, a do której drogę otworzyła wcześniejsza wielka pandemia – Czarna Śmierć. Kryzys był nieunikniony, o tym właśnie traktuje ta książka.

Spokojnie, autor nie przewiduje, że koronawirus uśmierci jedną trzecią ludności Europy, jak zrobiła to dżuma w XIV wieku. To zagrożenie jest jednak sygnałem osiągnięcia “granicy termodynamicznej” stanowiącej kres trwania cywilizacji jaką znamy od strony czysto materialnych warunków jej reprodukcji. Średniowieczne miasta były z jednej strony akceleratorami rozwoju, z drugiej zaś za ich pośrednictwem ówcześni ludzie wytworzyli niestabilne ekosystemy, będące wylęgarniami choroby, która niemal ich wygubiła. Dżuma, i zachwiała jednocześnie podstawami systemu feudalnego, bo nie miał kto odrabiać pańszczyzny. Wzmocniła tym samym rolę mieszczaństwa i ludności wiejskiej, pragnącej poszerzyć sobie obszar wolności osobistej, politycznej i ekonomicznej.

Zdaniem Bendyka średniowieczna zaraza i koronawirus stanowią więc dobre preteksty, żeby mówić o istnieniu społecznych i gospodarczych megatrendów, które rozwijają się poza zasięgiem naszego wzroku i nie dostrzegamy, kiedy ich konsekwencje zaczynają nas przerastać. A kiedy dostrzegamy, to z reguły jest już za późno: nie zdążymy wyhamować przed “klifem Seneki”, za którym rozpościera się tylko przepaść: nawet jeżeli przeżyjemy gwałtowny kurs w dół, to wyjdziemy z tej przygody doszczętnie połamani.

Nad klifem Seneki

Nawiązanie do “klifu” i stoickiego filozofa ma być czymś więcej niż popisem erudycji. Jest w istocie bardziej odniesienie do Ugo Bardiego, ekonomisty Klubu Rzymskiego, jednego z pierwszych, którzy zwrócili uwagę na “bariery wzrostu” globalnej gospodarki.

“Byłoby to w naszej słabości oraz w naszych trudnościach jakąś pociechą, gdyby wszystko niszczało tak wolno, jak powstaje. Tymczasem zysk wzrasta powoli, a strata spiesznie” – pisał Seneka. Figurą “klifu Seneki” posłużył się Bardi, a teraz Bendyk, żeby przestrzec nas, że nasze zbiorowe działania, z pozoru wyłącznie korzystne, mają też groźne konsekwencje. Nadejdzie moment, po którym nie będzie już odwrotu i czeka nas tylko pęd ku zatraceniu. Dzisiaj oznacza to przede wszystkim ryzyko upadku cywilizacji przemysłowej opartej na paliwach kopalnych – bardziej wskutek katastrofy klimatycznej, niż w wyniku peak oil (który od dekad nieustannie nadchodzi i nadejść nie może, co wydaje się szczególnie widoczne w sytuacji wyczerpania się przestrzeni do składowania wydobytej a niesprzedanej w czasie kryzysu ropy).

Ludzkość doprowadziła, a dokładnie kapitalizm – ze swoim imperatywem wzrostu dla samego wzrostu – doprowadził do wyemitowania do atmosfery tak wielkiej ilości gazów cieplarnianych, że grozi nam załamanie ziemskiego ekosystemu i przyszłość niczym z Mad Maxa. Mimo intensyfikacji susz, pożarów i wszelkich kataklizmów klimatycznych, mimo że już powszechnie znamy zagrożenie konsekwencjami działania tego systemu, nadal emitujemy jak szaleni, bo zwyczajnie nie potrafimy inaczej. Galopujemy więc na oślep ku “klifowi Seneki”.

W pogoni za wydajnością

Publicysta “Polityki” sam nie jest badaczem, jest za to popularyzatorem istotnych dzisiaj empirycznych dociekań. “W Polsce, czyli wszędzie” popularyzuje ustalenia Charlesa Halla na temat jednego z podstawowych parametrów wyznaczających warunki brzegowe naszej cywilizacji. Chodzi o EROEI, czy Energy Return of Energy Investment. Jest to pojęcie określające, jaką nadwyżkę można otrzymać z energii włożonej w samo pozyskanie i przetworzenie surowców energetycznych a następnie w dystrybucję energii nowo wytworzonej. Nie trzeba doktoratu, by pojąć, że bilans musi wyjść na plus, jeżeli społeczeństwo oparte na danym źródle energii ma się nie tylko utrzymać przy życiu, ale i rozwijać.

Hall obliczył więc, że dla cywilizacji przemysłowej znanej nam z kapitalizmu EROEI musi mieścić się co najmniej między 15:1 a 10:1. Sytuacja wygląda tymczasem tak, że światowe EROEI systematycznie spada. Kiedyś wynosiło nawet 100:1, dzisiaj jego wartość plasuje się na poziomie 12:1 i będzie spadać dalej – po pierwsze, ze względu na coraz gorszą dostępność i jakość ropy naftowej. Po drugie, ze względu na rosnącą złożoność społeczeństw i gospodarek, które z tego surowca trzeba utrzymać przy życiu, większą energochłonność cywilizacji.

Za prawdą o EROEI kryje się zatem pewien “fatalizm”, wieszczący nieuchronność upadku sposobu życia opartego na paliwach kopalnych napędzającej konsumpcjonizm. Żyjemy w systemie, który wyłonił się w czasach taniej, łatwo dostępnej ropy, a który trwa nadal, bo mimo spadającej wydajności tego systemu, nie widać dla niego alternatywy. Autor “W Polsce…” z sympatią wyraża się o ruchu klimatycznym, rozumie nadzieje pokładane w źródłach odnawialnych. Musimy odejść od paliw kopalnych, by tak jak mówi nauka i Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC), utrzymać wzrost globalnej temperatury w przedziale 1,5 – 2 st. Celsjusza. Bendyk nie pieści się jednak z myśleniem życzeniowym aktywistów ruchu i daje do zrozumienia, że jeżeli chodzi o znalezienie energetycznego zamiennika ropy, nadal jesteśmy w lesie:

Dzisiejszy, oparty głównie na paliwach kopalnych, system energetyczny ma w rachunku globalnym EROEI 12:1, jeśli mniej więcej w połowie stulecia przejdziemy na 100 proc. OZE, oznaczać to będzie spadek EROEI systemu nawet do 3:1, a w najlepszym razie do 5:1.  Jednocześnie wzrost popytu na materiały będzie oznaczać rematerializację gospodarki i wielką presję ekologiczną”.

“Wielka presja ekologiczna” to wzrost wydobycia metali do produkcji paneli słoneczne i wiatraków. I to jaki! Zgodnie chociażby z danymi Banku Światowego system 100 proc. OZE w 2050 r. (do kiedy to zdaniem IPCC mamy czas) oznaczałby konieczność wydobycia do tego czasu: 34 mln ton miedzi, 40 mln ton ołowiu, 50 mln ton cynku, 162 mln ton glinu i 4,8 miliarda (!) ton żelaza – nie licząc metali rzadkich, których trzeba by zużywać nawet o kilkaset proc. więcej. Zdecydowanie nie brzmi to jak “eko”, tym bardziej że już obecnie wydobycie surowców na ziemi przekracza poziom odtwarzalności ekosystemów o 82 proc.

Czy znaczy to, że jesteśmy skazani na zagładę, ewentualnie na powrót do życia w szałasach i lepiankach? Bendyk mobilizuje nas do wiary, że nie. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że bilans, jaki przeprowadza, daje nam zaledwie cień szansy. Musielibyśmy być pierwszą cywilizacją w dziejach ludzkości, która przekroczyłaby “klif Seneki” nie upadając w akcie epickiej katastrofy, tylko zdołałaby się inteligentnie sprostać wyzwaniom, jakie sama sobie postawiła. Czegoś takiego jeszcze nie widziano. Mamy więc liczyć na cud?

Autor “W Polsce…” na “klif Seneki” radzi odpowiedzieć “strategią Seneki”. Oznacza to, żeby zamiast w całości negować i odrzucać obecny system, który załamuje się pod własnym ciężarem, w obliczu braku dostępnej alternatywy, pogodzić się z nieuchronnością jego końca, a resztki tlącego się w nim życia, utrzymującego się siłą rozpędu, spożytkować na rzecz efektywnej, strukturalnej zmiany. Odnośnie do systemu energetycznego, Edwin Bendyk proponuje więc rozwiązanie, czy też samo podejście, które w odbiorze działaczy klimatycznych przedstawia się pewnie obrazoburczo.

Jeśli jednak droga do trwałej ochrony klimatu ma wieść przez transformację cywilizacji, to znaczy, że priorytetem musi być jak najszybsza i najefektywniejsza przebudowa systemu energetycznego i gospodarczego. A najlepsza do tego droga wiedzie przez wykorzystanie do tego celu dostępnych jeszcze nośników energii wysokiej gęstości i wartości EROEI, a więc w tej chwili ciągle paliw kopalnych.” – pisze autor.

W skrócie: za pomocą węgla i ropy jak najszybciej zbudujmy gospodarkę opartą na OZE, która dalej będzie się już kręcić sama. Oznacza to, mówiąc wprost, żeby zaprzestać odchodzenia od ropy i węgla – choć Bendyk nie wyraża tej myśli wprost. W przeciwnym razie czeka nas nieuchronnie bolesny upadek cywilizacji, cofnięcie się w rozwoju, powrót do quasi-plemiennych lokalnych społeczeństw, gdzie panuje bezwzględna jednorodność, posłuszeństwo wymuszane przemocą i umiera się w wieku trzydziestu kilku lat.

Kłopot ze strategią Bendyka

Jest jednak problem z tym rozwiązaniem i nie ma on związku z nienaruszalnością “zielonych” dogmatów. Po pierwsze, załóżmy, że nam się spieszy, że chcemy zdążyć zanim katastrofa klimatyczna doprowadzi nas do takiej sytuacji, że ekosystemowe sprzężenia zwrotne wprowadzą nas na drogę bez powrotu i nie unikniemy globalnego ocieplenia o więcej niż 2 stopnie. W tej sytuacji czas, który nam pozostał nie liczy się wyłącznie w sposób bezwzględny, kalendarzowy, czyli – jak się zwykło już uważać – do 2050 r. Odmierza się go również budżetem węglowym.

Zatem to, że nam się “śpieszy” i z tej racji będziemy swobodnie spalać ropę ze względu na jej EROEI, żeby szybko i tanio zbudować energetykę 100 proc. OZE, może się okazać strzałem w stopę, bo nie ma gwarancji, że zmieścimy się w budżecie CO2. Kiedy już ten nowy system zbudujemy, może się okazać, że praca była po próżnicy – w międzyczasie emisja gazów cieplarnianych zrobiła swoje, czyli załatwiła nas na amen. Tym bardziej, że nadal nie wiemy – nawet teoretycznie – kiedy 100 proc. OZE byłoby możliwe (oprócz modelu Marka Jacobsona, mocno krytykowanego przez jego własne środowisko naukowe z Uniwersytetu Stanforda). Wiąże się to z nadal nierozwiązanymi kwestiami magazynowania i przesyłu nadwyżek energii w tym systemie, jeżeli miałby on obsłużyć globalną cywilizację przemysłową.

Autor nie pisze prawie nic o energetyce jądrowej, sugerując jedynie, że nie przedłuży ona trwania kapitalizmu, bo do swojego funkcjonowania potrzebuje przerośniętej globalnej i względnie scentralizowanej infrastruktury, zarówno technicznej, jak i handlowej. OZE natomiast pozwalają na stworzenie energetyki rozproszonej, opartej na wytwórstwie lokalnym. Tak czy inaczej, połączenie wszystkiego w stabilny system i osiągnięcie odpowiedniej skali w odpowiednio krótkim czasie nadal stanowi nierozwiązany problem. Nie wiadomo więc, realizację jakiego konkretnie projektu miałoby przyśpieszyć “optymalne” wykorzystanie paliw kopalnych.

Co z kapitalizmem? Co z pracą?

Patrząc na propozycję Bendyka od strony jej operacjonalizacji, w takiej postaci, jak autor ją sformułował, realizacja jej polegałaby zwyczajnie na tym, by zostawić branżę naftową w spokoju – niech się kręci! – z nadzieją na to, że “ktoś w końcu coś wymyśli”. Tak, to banał nieprzystający do poziomu analizy zawartej w książce, na to jednak ostatecznie wychodzi. Tym bardziej z uwagi na kolejny problem widoczny w tekście. Autor oczywiście wie, że postęp gospodarczy i technologiczny musi iść w parze z postępem społecznym, ale refleksji nad tym ostatnim dostajemy wyjątkowo mało – przy rozważaniach nad możliwością przystosowawczego przejścia “klifu Seneki” nie dostajemy jej praktycznie wcale. Dominuje namysł nad wydajnością (i trochę nad architekturą) samego systemu energetycznego, która byłaby zdolna obsłużyć gigantyczna złożoność systemu gospodarczego i różnorodności życia społecznego. Mówiąc wprost, nie ma jednak prawie nic o stosunkach własności i stosunkach produkcji tworzących kapitalizm, a to o jego przyszłości i w ogóle o jego dalszej możliwości mówi książka. “Prawie nic”, ponieważ w rozdziale “Koniec natury”  można jednak trafić na następujący fragment:

Istotą kapitalizmu jest akumulacja kapitału, który powstaje podczas eksploatacji różnego typu nadwyżek. Najważniejszą jest różnica między wartością pracy, jaką świadczą  pracownicy najemni, a wartością wytworzonych w ten sposób usług i produktów.

No właśnie, system, w którym żyjemy, i który – wnioskując z książki – dogorywa bez widocznej alternatywy, to nie tylko wskaźniki makro (coraz bardziej dla niego niekorzystne), to nie tylko podkreślany przez autora przerost systemu finansowego, nie tylko absurdalne nierówności, postępujący demontaż usług publicznych i zabezpieczeń socjalnych. To przede wszystkim sposób zorganizowania ludzkiej pracy – i to na wielu obszarach: również reprodukcyjnej/opiekuńczej, również twórczej, również naukowej. Pominięcie tej tematyki jest odczuwalnym deficytem książki, która jest przecież próbą całościowego opisu naszego świata w kluczowym dla niego momencie.

Brakuje tego wątku chociażby w kontekście wielkiej popularności pracy Davida Graebera pt. “Bullshit Jobs” (polskie wydanie: “Praca bez sensu”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej), w której badacz wykazuje m.in. że jedna trzecia miejsc pracy w amerykańskiej gospodarce jest pozbawiona jakiejkolwiek korzyści społecznej, a nawet gospodarczej w ścisłym sensie – służy wyłącznie utrwalaniu kapitalistycznych struktur zwierzchnictwa. W sposób coraz powszechniej więc zrozumiały, trzeba mówić o tym systemie nie tylko jako obszarze obiegu pieniędzy i energii, ale uspołecznienia procesu pracy oraz odpowiadającej mu strukturze własności, zarządzania i podejmowania decyzji. Warto o tym mówić zwłaszcza w sytuacji, kiedy pandemia uwidoczniła prawdę wstydliwie dotychczas skrywaną w przez system: oto widzimy, że to wykonawcy prostych, często pogardzanych zawodów utrzymują społeczeństwo przy życiu. To oni okazują się niezbędni i najistotniejsi – nie prezesi i menedżerowie. Kryzys jest więc również czasem przewartościowań w hierarchii zawodów tworzących dzisiejszy system gospodarczy. Okazuje się zatem, że COVID-19 stanowi do również samoistne nawiązanie do Graebera i unaocznia trafność jego analizy.

Koniec wzrostu i jak go przetrwać

Polityczność, coraz silniej nasycona gniewem z powodu nierówności, musi być jednym z obszarów na których będzie kiełkowało rozwiązanie dla obecnego kryzysu, również w zakresie transformacji systemu energetycznego. Autor “W Polsce…” zdaje sobie z tego sprawę. Dostrzega, że pilny charakter potrzeb socjalnych, ostentacyjnie lekceważonych w neoliberalizmie, może blokować wiarygodność programów i samej idei przekształceń w kierunku zielonej gospodarki. Pada przykład słynnego hasła wznoszonego przez “żółte kamizelki” we Francji: “Mamy problem z przetrwaniem do końca miesiąca, jak zatem mamy się martwić końcem świata?” Elity polityczne świata zachodniego, łącznie z tymi uznającymi się za lewicę, o interesach coraz bardziej zbieżnych ze światową finansjerą, nauczyły się już markować “przejęcie” kwestią katastrofy klimatycznej i głosić szczytne “zielone” hasła, udając, że można ratować planetę – i nas samych, jej mieszkańców – bez naruszania dysfunkcjonalnego układu społecznego, który sam sobie zagraża.

Bendyk posługuje się nawet pojęciem “nowego reżimu klimatycznego”. To pewnego rodzaju niepisany konsensus polityczny, który w interesie możnych tego świata wykorzystuje narrację proklimatyczną do utrzymania dalszej, nieograniczonej akumulacji kapitału. W tej sytuacji głębokie przekształcenia systemowe, które muszą zakładać współudział całych społeczeństw, po prostu tracą poparcie zwykłych ludzi. Okazują się oni skazani na poczucie bezradności, a więc inercyjne trwanie przy wzorcach produkcji, konsumpcji i współżycia społecznego, które w formie skumulowanej wiodą nas nad “klif Seneki”.

Potrzeba oczywiście nowej polityki, która odwróci tę tendencję. Tylko nie ma wyjścia: musi ona zakładać, transformację systemu kapitalistycznego również u samych jego podstaw społecznych. Nie wiadomo więc, czemu szansy na nową politykę klimatyczną Bendyk upatruje w tzw. Europejskim Zielonym Ładzie, skoro nie spełnia on powyższego warunku. Świadczy o tym kluczowe założenie, na którym się ten projekt opiera, czyli “zielony wzrost”. Niestety na obecnym etapie EZŁ wygląda na kolejny rozdział Nowego Reżimu Klimatycznego.

Tymczasem nie stać nas na dalszą akumulację traktowaną jako cel sam w sobie, ponieważ to ona generuje większość kosztów ekologicznycyh i społecznych. Czym bowiem jest wzrost dla wzrostu w kontekście zasobów energii? Bendyk nie pisze o paradoksie Jevonsa, a szkoda. Opisuje on sytuację pozornie paradoksalną, ale powszechną i zrozumiałą w systemie, gdzie dominuje produkcja dla samego zysku: innowacje prowadzące do oszczędności określonego czynnika produkcji, prowadzą tylko do tego, że rośnie jego zużycie. Pewnie dlatego mitem jest też decoupling, o którym marzą zwolennicy “zielonego kapitalizmu”. Dane przeczą tezie, że wzrost wydajności produkcji może prowadzić do oderwania wzrostu gospodarczego od zużycia surowców.

Autor “W Polsce…” wydaje się to dobrze rozumieć, bo za prawdopodobny scenariusz uznaje de-wzrost (degrowth), czyli kurczenie się światowej gospodarki pod kątem PKB. Tyle tylko, że – jak mówi – żeby odbyło się to z ogólnym pożytkiem, musi być to de-wzrost kontrolowany. Tylko w ramach jakiego planu odbędzie się ta globalna koordynacja? Potrzeba szerokiego programu politycznego łączącego dużą część globalnego społeczeństwa. Jednak lektura “W Polsce…” nie daje szczególnych widoków na powstanie takiego projektu w przewidywalnym czasie. Cały ruch klimatyczny to na razie kropla w morzu potrzeb.

W tym miejscu trzeba wrócić do poruszonego już problemu. Na wzrost dla wzrostu nie stać nas z jeszcze jednego powodu. Nie tylko oznacza on marnotrawstwo, ale atomizuje społeczeństwa, każąc ludzkiej pracy marnować się w pogoni za wzrostem bez rozwoju i zatracać się w konkurencji stanowiącej wyłącznie race to the bottom. Kontrolowany de-wzrost będzie musiał oznaczać nowy model koordynacji pracy.

Pełna automatyzacja na razie nadal jest fantazją, zwłaszcza w kontekście kruchych fundamentów dzisiejszej energetyki, więc przyszłość ludzkiej pracy jest kwestią nie do pominięcia w poszukiwaniach systemowych alternatyw. Bendyk nie idzie w tę stronę. Być może z powodu niemocy i rozpadu tradycyjnego ruchu robotniczego, który dekady temu potrafił trząść światem, a dzisiaj prawie nie istnieje. Ma to efekt zniechęcający i pozostawia ludzi (w tym publicystów) w poczuciu, że ogół ludzkiej pracy musi dziać się na warunkach określonych przez wąską grupę właścicieli kapitału. Być może jest tak ponieważ, że dziś każda wzmianka o alternatywie dla tego stanu rzeczy rodzi atawistyczne reakcje typu: “Jezu, komunizm!”. Tak czy inaczej, bez demokratyzacji stosunków pracy, bez zorientowania jej na współpracę, równowagę i korzyść społeczną, nie obejdzie się. Kto nie chce o tym rozmawiać, niech się po prostu szykuje na społeczny i klimatyczny kataklizm – nie znajdziemy racjonalnego sposobu gospodarowania energią, ponieważ nie określiliśmy społecznie akceptowalnych granic jej produkcji i konsumpcji.

Na Wschodzie be zmian?

Co z tą Polską? W końcu tytuł książki brzmi “W Polsce czyli wszędzie”. Spokojnie, jest i o Polsce. U Bendyka nasz kraj wydaje się przede wszystkim stanem ostatecznego spiętrzenia wszystkich patologii światowego systemu. W tym sensie możemy pozbyć się wszelkich kompleksów. Udana misja gospodarczej integracji z Zachodem pozwoliła nadwiślańskim elitom na całkowite odpuszczenie wszelkich pogłębionych projektów modernizacyjnych i skupienie się wyłącznie na odcinaniu kuponów od zabetonowanego status quo. Wszelkie mrzonki o “dogonieniu i przegonieniu” Zachodu można włożyć między bajki, bo opierają się na ekstrapolowaniu tendencji, które będą zamierać wraz z erozją podstaw dzisiejszego kapitalizmu, utrwalając wyłącznie obecny, antyrozwojowy kierunek przemian.

Ten kierunek wyraża się w rozpadzie sfery publicznej, bezradności i niemocy aparatu państwowego, dezorientacji społecznej i ideologicznej. Z powodzeniem kapitalizują ją znani z nazwy narodowokatoliccy populiści, którym skutecznie udało się sprowadzić całą politykę do mamienia ludzi nadętą symboliką. Zawiedzeni jednak będą czytelnicy o liberalnym nastawieniu, bo autor książki klarownie wyjaśnia, że jest to tylko ukoronowanie zaniechań ostatniego trzydziestolecia, cynizmu, bezmyślności, krótkowzroczności naszych elit rządzących. Chociaż nie wygląda na to, by nasze historyczne usytuowanie na światowej osi centrum-peryferia dało nam jakąkolwiek szansę na inny przebieg wydarzeń.

Ku nowej polityce zmiany

Edwin Bendyk daje do zrozumienia, że głównym wyzwaniem sprawowania dziś rządów, lecz i po prostu skutecznego wprowadzania strukturalnych zmian, jest zdolność do skoordynowania policentrycznego systemu społecznego, gdzie liczne ośrodki wpływu politycznego, gospodarczego, kulturowego wchodzą ze sobą w rezonans, tworząc trwały układ. W takim otoczeniu zapędy autorytarne mogą prowadzić wyłącznie do efektów pozornych i krótkotrwałych. Nadal jednak nie wiadomo – i autor tego nie pokazuje, bo nie ma takich przykładów – jak oprócz zręcznego zarządzania takim układem w “miękkim” podejściu, przekierować społeczeństwo na nową trajektorię trwałego rozwoju, kiedy żywotność systemu się wyczerpuje. Uparcie twierdzę, że sytuacja domaga się sięgnięcia spojrzeniem głębiej, do samych fundamentów kapitalizmu, tam gdzie praca ludzka domaga się nowych, bardziej poziomych, bardziej demokratycznych form wyrazu, by odnaleźć nowe postacie złożoności tworzącej potencjał do dalszego rozwoju ludzkości. Alternatywę trzeba też wykuwać na tym poziomie, który dziś został przez architektów zmiany całkowicie odpuszczony.

“Klif Seneki” – jeżeli mamy go przejść unikając katastrofy sensu stricto – musimy przejść mniej więcej razem, mniej więcej solidarnie, mniej więcej na partnerskich warunkach. Nie na czyjś rozkaz, bo rozkazy przychodzą z poziomu zupełnie oderwanego od gruntu, po którym się poruszamy. Tylko wtedy będzie to gra o sumie dodatniej. Owszem, taki scenariusz zakrawałby na cud, ale byłby to cud, na który opłaca się nie tylko czekać, lecz i wspólnie pracować, wspólnie ryzykować. Być może o tym Edwin Bendyk opowie w kolejnej książce? Niektórzy twierdzą, że już ją pisze.

- Advertisement -

Najnowsze

Kruchy pakt górników z rządem. Początek sprawiedliwej transformacji? Raczej gra pozorów

Porozumienie, które podpisano 25 września, po strajku w kilku kopalniach, mogło stać się pierwszym krokiem na drodze do sprawiedliwej transformacji Śląska. Wiele wskazuje jednak, że tak nie będzie.

Czterdzieści lat “Solidarności”: jak elity zdradziły robotników

Minęła kolejna dekada od czasu Porozumień Sierpniowych w 1980 r. Niestety narracja dominująca zarówno w mediach jak i w przekazie polityków konsekwentnie pomija robotniczy, klasowy charakter tamtych historycznych wydarzeń.

Newsletter prosto do Twojej skrzynki

Raz w miesiącu wyślemy Ci nasze najlepsze teksty z komentarzem od redakcji.



Administratorem danych osobowych jest Instrat - Fundacja Inicjatyw Strategicznych, ul. Oleandrów 7 lok.16, 00-629 Warszawa. Dane, które nam przekazujesz, wykorzystywane będą do informowania Ciebie o publikacjach i innych działaniach portalu Pospolita oraz w celach statystycznych. Informacja przekazywana będzie pocztą elektroniczną w postaci newslettera. Podanie danych osobowych jest dobrowolne, a jednocześnie konieczne do przekazania wymienionych treści. Masz prawo dostępu do przekazanych nam danych, prawo do ich usunięcia, aktualizacji, sprostowania, ograniczenia przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego. Więcej w polityce prywatności.

Polecane analizy