W Polsce lepiej nie być kobietą. Jesteśmy pozbawione praw reprodukcyjnych

Kamila Ferenc
Kamila Ferenc
Aplikantka adwokacka, prawniczka w Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, współzałożycielka kancelarii społecznie zaangażowanej „Prawo do Prawa”, współpracuje pro bono z Fundacją Przeciw Kulturze Gwałtu.

Do Sejmu wrócił “obywatelski” projekt antykobiecej ustawy, wprowadzającej całkowity zakaz aborcji w Polsce. To moment, w którym koniecznie trzeba pokazać konserwatywnej władzy, że nie da się uśpić czujności organizacji kobiecych i szerszej opinii publicznej w sytuacji zaprzątnięcia uwagi wszystkich mediów pandemią koronawirusa. Ale chodzi nie tylko o aborcję. Tragiczny jest stan całości praw reprodukcyjnych Polek – również tych, które chcą mieć dzieci. Przeciążenie służby zdrowia z powodu pandemii dodatkowo pogarsza ich sytuację.


Podejście do zdrowia reprodukcyjnego jest w Polsce osobliwe, a w porównaniu z resztą Europy – zacofane. Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (Federa), działająca od ponad 25 lat organizacja społeczna skupiona na podnoszeniu świadomości, ale i dostępności świadczeń zdrowia reprodukcyjnego, w swoim ostatnim raporcie z grudnia 2019 r. nazywa to podejście wprost „przemocą instytucjonalną”. Raport ten pokazuje, jak w wielu obszarach władza uchyla się od swoich obowiązków, czyli zapewniania mieszkankom Polski dostępu do świadczeń zdrowia reprodukcyjnego. Dlaczego jednak w zasadzie ma taki obowiązek i czym w ogóle jest zdrowie reprodukcyjne? Czy chodzi tylko o prokreację? Wyłącznie o aborcję i feministyczne postulaty? Nie.

Litera prawa

Zgodnie z uznawaną międzynarodowo definicją, zdrowie reprodukcyjne to stan, w którym zarówno kobiety1, jak i mężczyźni mogą prowadzić satysfakcjonujące i bezpieczne życie seksualne oraz swobodnie decydować o tym, czy, ile i kiedy mieć dzieci. Ponadto, prawa seksualne kobiety uznane są za prawa człowieka, obejmujące prawo do sprawowania kontroli nad własną seksualnością oraz do wolnych i odpowiedzialnych decyzji reprodukcyjnych, podejmowanych bez przymusu, dyskryminacji i przemocy. Zdrowie reprodukcyjne dotyczy kobiet i mężczyzn, bo odnosi się do decyzji związanych z funkcjonowaniem układu rozrodczego posiadanego przez obie płcie. Niniejszy tekst jednak, podobnie jak przywoływany raport Federacji, odnosi się w przeważającej mierze do kobiet. Dlaczego? Ponieważ ze względu na specyfikę ich zdrowia reprodukcyjnego (to kobiety mogą zajść w ciążę, to one rodzą dzieci), kobiety potrzebują większego zabezpieczenia ze strony państwa, a opisywane bariery i deficyty w systemie opieki zdrowotnej dotykają je mocniej.

Do zachowania zdrowia reprodukcyjnego konieczne są liczne świadczenia. Są wśród nich, poczynając od najbardziej intuicyjnych, takie, które pozwalają na kontrolowanie swojej płodności, czyli antykoncepcja i przerywanie ciąży, ale i umożliwiające bezpieczne sprowadzanie na świat dzieci, czyli badania prenatalne, odpowiednie standardy okołoporodowe, opieka postnatalna, zapobieganie i leczenie niepłodności, możliwość zapłodnienia pozaustrojowego. Do tej otwartej listy warto dodać profilaktykę zdrowotną (zwłaszcza dotyczącą raka piersi i narządów płciowych), leczenie infekcji przenoszonych drogą płciową i innych dolegliwości układu rozrodczego, poradnictwo dotyczące seksualności człowieka, odpowiedzialnego rodzicielstwa, dopasowaną do wieku rzetelną edukację seksualną, opiekę zdrowotną nad nastolatkami i kobietami w okresie menopauzy. W tym różnorodnym zestawieniu nie powinno zabraknąć sprawy fundamentalnej – dostępnej opieki ginekologicznej odpowiedniej jakości (o czym władze, zdaje się, zapomniały).

Dlaczego państwo musi zapewniać te świadczenia? Źródła tego obowiązku umiejscowione są zarówno na poziomie krajowym, jak i międzynarodowym. Konstytucyjnie gwarantowane w art. 68 prawo do ochrony zdrowia i wyrażony explicite obowiązek władz publicznych do zapewnienia równego dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych – to najbardziej oczywiste z nich. Zdrowie reprodukcyjne, ze względu na swoją istotę związaną z intymnością i integralnością psychiczną i fizyczną czy autonomią cielesną, sytuuje się jednak na pograniczu sfery publicznej i prywatnej. Zatem pod uwagę wzięte być powinny także art. 47 i 32 Konstytucji, czyli odpowiednio prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego i do decydowania o swoim życiu osobistym oraz zasada równości kobiet i mężczyzn wraz z zakazem dyskryminacji.


Przepisy ustawy zasadniczej współgrają z analogicznymi postanowieniami aktów prawa międzynarodowego, których sygnatariuszką jest Polska2. Ich interpretacja dokonana przez komitety ONZ i Europejski Trybunał Praw Człowieka wypełniła je treścią i połączyła ochronę życia prywatnego i prawo do życia ze zdrowiem reprodukcyjnym. Nie można bowiem w pełni cieszyć się ze swojego życia osobistego czy rodzinnego, jeśli nie ma się swobody decyzyjnej w kwestii reprodukcji ani zapewnionych godnych warunków realizacji tych decyzji. Rekomendacje ONZ czy ETPCz podkreślają kilka rzeczy: państwa mogą samodzielnie kształtować regulacje dotyczące zdrowia reprodukcyjnego, ale prawo to musi być wykonywane i efektywne. Gwarantowane tym prawem świadczenia z zakresu medycyny reprodukcyjnej muszą być dostępne bez dodatkowych barier. Po drugie, wewnętrzny sposób uregulowania tych zagadnień nie może naruszać istoty praw człowieka wynikających z międzynarodowych konwencji i traktatów.

Ginekologia jako luksus

Raport „Wiejska droga do ginekologa” Najwyższej Izby Kontroli opisujący lata 2016-2017 pokazał, że kobiety mieszkające na wsi nie mają odpowiedniego dostępu do ginekologicznej i położniczej opieki medycznej. Z danych NFZ na koniec 2016 r. wynika, że w wielu gminach wiejskich w ogóle nie było poradni ginekologiczno-położniczych. Nic nie wiadomo też, by rząd angażował się w zmianę tej sytuacji. Choć według GUS w kontrolowanym okresie ok. 40,5 proc. z ponad 9 mln kobiet w wieku rozrodczym zamieszkiwało na wsi, to znajdowało się tam tylko 4798, tj. 22,5 proc. poradni. W skrajnych przypadkach (w województwach podlaskich i lubelskim) wykryto, że na jedną poradnię ginekologiczną na wsi przypadało nawet 27 tys. kobiet, które musiały do niej dojeżdżać czasem nawet 50 km. Taki stan rzeczy przekłada się na dostępność profilaktycznych programów zdrowotnych, a w konsekwencji na wykrywalność nowotworów, ogólny stan zdrowia kobiet związany z układem rozrodczym, jakość ich życia seksualnego i wyższą śmiertelność okołoporodową. W województwach o małej liczbie poradni wiejskich w 2016 r. odnotowano największy wskaźnik zgonów okołoporodowych: 33,64 na 100 tys. urodzeń w woj. opolskim i 23,28 na 100 tys. urodzeń w woj. podlaskim.

Profilaktyczne programy zdrowotne ważne z perspektywy kobiet to bezpłatne badania w celu wykrycia raka szyjki macicy i raka piersi. Choć mają wady, to dobrze że istnieją i są finansowane ze środków publicznych. Niepokojący jest jednak niski odsetek uprawnionych, które rzeczywiście z programu korzystają. Według danych NFZ i GUS w 2017 r. z programu profilaktyki raka szyjki macicy skorzystało tylko ok. 8,69 proc. uprawnionych, a z programu profilaktyki raka piersi ok. 10,44 proc.. Wydaje się więc, że potrzeba jest więcej kampanii informacyjnych – dla pacjentek, ale też dla lekarzy/lekarek, żeby instruowali o istniejących programach. Priorytetem powinno być jednak zwiększenie liczby poradni ginekologiczno-położniczych i jakości świadczeń. Nie wspominając już o tworzeniu poradni zdrowia kobiet i planowania rodziny, których w Polsce prawie w ogóle nie ma.

Według raportu Contraception Atlas w 2018 r. dostęp do nowoczesnej antykoncepcji w Polsce miało jedynie 31,5% populacji. To wynik najniższy wśród 46 badanych państw europejskich. Składają się na niego bariery takie jak obowiązkowe recepty na każdy rodzaj antykoncepcji hormonalnej, w tym antykoncepcję awaryjną (ellaOne, Escapelle), a wraz z nimi długie kolejki do lekarza albo płatne wizyty lekarskie w sektorze prywatnym oraz utrudniona dostępność środków antykoncepcyjnych dla osób małoletnich powyżej 15. roku. Osoby te mogą bowiem legalnie uprawiać seks, ale pójść do lekarza bez zgody rodzica – już nie. Grupa posłanek z klubu parlamentarnego Lewica obecnej kadencji Sejmu złożyła w lutym br. interpelację do Ministerstwa Zdrowia z pytaniem, czy planuje usunięcie tych barier. Ministerstwo zaprzeczyło. Zdarza się też, że szpitale nielegalnie domagają się płatności za świadczenia o charakterze antykoncepcyjnym, które w teorii finansuje NFZ (np. zakładanie spirali).

Będziesz rodzić…

Polska ma jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw (anty)aborcyjnych w Europie. Podczas gdy mieszkanki większości europejskich krajów mają swobodny dostęp do aborcji do 12. tygodnia ciąży lub dłużej (np. Islandia – do 22. tygodnia), w Polsce przerwanie ciąży w ramach NFZ w publicznym szpitalu możliwe jest tylko w trzech sytuacjach: zagrożenia życia i zdrowia ciężarnej, gdy ciąża jest wynikiem przestępstwa (tylko do 12. tygodnia ciąży) oraz gdy badania prenatalne wskazują na wysokie prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu lub choroby zagrażającej jego życiu (do ok. 22-24. tygodnia ciąży).


Tak jest jednak wyłącznie na papierze. W praktyce sytuacja wygląda jeszcze gorzej: aborcji w Polsce wykonuje się bardzo niewiele, a w niektórych regionach – wcale. Pokazują to chociażby oficjalne statystki. Według oficjalnych danych, w 2018 r. wykonano 1076 zabiegów przerwania ciąży, w tym 25 z powodu zagrożenia życia lub zdrowia kobiety, a 1 z powodu czynu zabronionego. Prawda jest jednak inna – według szacunków rocznie przerywa się 80-150 tys. ciąż i to w przypadkach wykraczających poza ustawowe przesłanki. Osoby w niechcianej ciąży zamawiają pigułki poronne przez internet (najczęściej ze stron Women on Waves lub Women Help Women) lub jadą do klinik za granicą (pomoc w wyjazdach oferuje teraz infolinia Aborcja Bez Granic). Trafiają tam też osoby, którym państwo powinno zapewnić legalną aborcję, ale stawia przed nimi bariery – sztuczne przedłużanie procedur diagnostycznych i administracyjnych (diagnoza już jest, ale zleca się dodatkowe badania) i stawianie pozaustawowych, często uwłaczających wymogów (obowiązkowa konsultacja psychologiczna, podpis partnera, zdobycie opinii Krajowego Konsultanta ds. położnictwa i ginekologii, oczekiwanie na konsylium, które odbywa się raz na 2 tygodnie).


Federa interweniuje w takich przypadkach i z dużym skutkiem egzekwuje w imieniu kobiet należne im świadczenia. Potrzebna jest jednak zmiana systemowa – w prawie i w podejściu personelu medycznego, zwłaszcza że dominującą barierą jest nadużywanie przez lekarzy (zarówno gdy chodzi o wykonanie aborcji, stwierdzenie przesłanki do niej, jak i wystawienie recepty na antykoncepcję czy skierowanie na badania prenatalne) klauzuli sumienia. Dzisiaj w szpitalu, przychodni i poradni światopogląd lekarza góruje nad potrzebami pacjentek i jest to trend zwyżkujący. Jeśli chodzi o klauzulę sumienia, to z pomocą nie przychodzi ani Ministerstwo Zdrowia, ani NFZ, ani Rzecznik Praw Pacjenta, ani rzecznik odpowiedzialności zawodowej przy okręgowej izbie lekarskiej. Kobiety przerywają więc ciąże, ale w przeważającej mierze poza publicznym systemem – za własne pieniądze, na własną odpowiedzialność i wobec milczącej hipokryzji władz.

Nawet tak restrykcyjny stan rzeczy nie jest jednak satysfakcjonujący dla środowisk ultrakonserwatywnych, które nieustannie próbują wprowadzić całkowity zakaz aborcji – od razu lub metodą „salami”. W dniach 15-16 kwietnia br. odbędzie się pierwsze czytanie projektu ustawy „Zatrzymaj Aborcję” zmierzającego do wyeliminowania przesłanki wady płodu z ustawy regulującej dopuszczalność aborcji.

… w bólu

Skoro przerywanie ciąży lub kontrolowanie swojej płodności nie jest w Polsce ani mile widziane, ani nawet możliwe do zrealizowania, wydawać by się mogło, że szczególnie doinwestowane powinno być zatem rodzenie dzieci. Tymczasem, jak wynika z raportu NIK z 2016 r. i historii samych pacjentek, doświadczenie porodu w publicznym systemie opieki zdrowotnej zakrawa o traumę. Wynika to m. in. z niedoborów infrastrukturalnych i personelu. Skontrolowane przez NIK oddziały położnicze nie zapewniały pacjentkom i noworodkom wymaganej jakości świadczeń medycznych. Choć w większości liczebność personelu medycznego spełniała wymogi NFZ, to nie była wystarczająca w stosunku do potrzeb. W konsekwencji wystąpiły przypadki nawet kilkudniowego, nieprzerwanego czasu pracy lekarzy. Ponadto, w większości dyżur pełnił tylko jeden anestezjolog – jest to zgodne z przepisami, ale w praktyce może uniemożliwić wykonanie natychmiastowego cesarskiego cięcia. Wobec nieodpowiednich warunków w salach porodowych i pokojach łóżkowych dochodziło do licznych naruszeń prawa do intymności i godności pacjentek, na przykład łóżko, na którym odbywał się poród stało naprzeciw drzwi, przez które swobodnie mogły zaglądać różne osoby. Pacjentki były też zmuszone do znoszenia nadmiernego cierpienia podczas porodu drogami natury, bo nie zapewniono im znieczulenia zewnątrzoponowego. Wiele istotnych danych nt. realiów opieki okołoporodowej dostarcza też stworzony przez Fundację Rodzić po Ludzku „Raport z monitoringu oddziałów położniczych. Opieka okołoporodowa w Polsce w świetle doświadczeń kobiet”, opracowany na podstawie relacji 8 tysięcy kobiet z lat 2017-18. Wynika zeń, że aż 54,3 proc. z nich doświadczyło przemocy lub nadużyć związanych z zachowaniem personelu lub niedopełnieniem procedur.

Polskie władze centralne nie wspomagają też osób, które podjęły decyzję, że chcą mieć dzieci, ale mają zdiagnozowaną niepłodność. Jak wskazuje Stowarzyszenie na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian” we wspomnianym już raporcie, jedynym, realizowanym na szczeblu państwowym programem zdrowotnym skierowanym do grupy osób starających się o potomstwo jest „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce w latach 2016-2020”. Jest on jednak skierowany wyłącznie do par… u których nie zdiagnozowano niepłodności. Tylko nieliczne samorządy zdecydowały się na refundację procedury zapłodnienia pozaustrojowego zwanego w skrócie in vitro. Obecna ustawa pozwala na skorzystanie z tego zabiegu tylko parom, i to heteroseksualnym. Kobiety, które zamroziły swoje zapłodnione jajeczka z myślą o in vitro zanim ustawa weszła w życie, muszą w ciągu 20 lat od umieszczenia ich w banku zarodków znaleźć partnera, który przyjmie ojcostwo dzieci, jakie się z nich narodzą – w przeciwnym razie zarodki zostaną oddane do adopcji prenatalnej.

Wiele z tych kwestii pozostaje poza obrębem debaty publicznej. Niemal niezauważane są problemy kobiet z grup defaworyzowanych – migrantek czy kobiet z niepełnosprawnościami. Ochrona ich zdrowia reprodukcyjnego jest na jeszcze gorszym poziomie. Pokazuje to raport „Przychodzi baba do lekarza” analizujący dostępność usług ginekologicznych dla kobiet z niepełnosprawnościami w województwie mazowieckim. Do barier o charakterze architektonicznym (brak podjazdów) i infrastrukturalnych (brak dostosowanych foteli ginekologicznych) dochodzą braki w kwalifikacjach personelu (np. nieznajomość języka migowego – kobiety głuche często przychodzą na wizyty z własnymi dziećmi) i stereotypizacja czy brak podmiotowego traktowania (mówienie jak do dziecka, negowanie potrzeb seksualnych).

Wywalczyć godność

Obecny stan epidemii dodatkowo pogarsza sytuację. Cały system opieki zdrowotnej skupia się na walce z koronawirusem, więc inne kwestie zeszły na dalszy plan. Nie odbywają się normalne wizyty lekarskie. Zakazane są porody rodzinne. Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że diagnostyka prenatalna powinna odbywać się normalnie, ale co z pacjentkami, które potrzebują np. przedłużenia antykoncepcji? Zdane są na teleporady i e-recepty – wciąż w fazie testowej.

Bez względu na to, czy chce się przerwać swoją ciążę, czy urodzić piątkę dzieci, polskie państwo nie ułatwia sprawy. Częstuje kobiety tym samym mechanizmem uprzedmiotowienia i marginalizacji potrzeb. Warto to sobie uświadomić, żeby wykrzesać z siebie większą solidarność – bez względu na to, jakie decyzje reprodukcyjne podejmujemy, stoimy po tej samej stronie barykady.

Władza ma obowiązki zarówno pozytywne (dostarczanie świadczeń), jak i negatywne (powstrzymywanie się od nadmiernej ingerencji w życie prywatne). W Polsce uchyla się od jednych i drugich. Państwo nie tylko nie zapewnia świadczeń, ale wręcz sprawia, że kobiety spotykają się z napiętnowaniem, dodatkowymi trudnościami i upokorzeniami, fundowanymi rękami funkcjonariuszy publicznych. Tam, gdzie powinno zostawić wolność wyboru, narzuca pacjentkom światopogląd lekarzy. Ochrona zdrowia reprodukcyjnego jest więc w Polsce fikcją. Jej poziom znacznie odbiega od przykładów zagranicznych, a jest on sprawą życia i śmierci.

Czego powinnyśmy żądać od władzy? Liberalizacji prawa aborcyjnego, zmiany ustawy o leczeniu niepłodności, zniesienia recept na antykoncepcję awaryjną, refundacji większej liczby środków antykoncepcji hormonalnej, refundacji in vitro. Umożliwienia osobom małoletnim powyżej 15. roku życia samodzielnych wizyt lekarskich, efektywnego wdrożenia standardów okołoporodowych i uporządkowania regulacji dotyczącej klauzuli sumienia lekarzy – tak, żeby nie była barierą w dostępie do świadczeń. Potrzebne jest stworzenie większej liczby poradni ginekologiczno-położniczych na terenach wiejskich i centrów planowania rodziny w całej Polsce, czyli miejsc, w których panowałoby kompleksowe podejście do zdrowia reprodukcyjnego. Gdzie pacjentki mogłyby bez wstydu porozmawiać o przysługujących im opcjach, ale też np. o jakości życia seksualnego, dostać poradę daleką od stereotypów i narzucania światopoglądu. Powinni tam być dostępni lekarze posługujący się językami migrantek i językiem migowym. Do szkół musi zawita rzetelna i dopasowana do wieku edukacja seksualna.

Zmiany te wydają się niemożliwe do wdrożenia w sytuacji sprawowania władzy przez dzisiejszy wyjątkowo konserwatywny obóz rządzący. Staną się one jednak obowiązkiem każdej ekipy, która obejmie w Polsce władzę w następnej kolejności. Niestety, w latach 2007-2015, kiedy rządziła główna siła dzisiejszej opozycji, wiele z opisanych wyżej zjawisk również też miejsce i również spotykały się one z lekceważeniem władz. Sytuacja kobiet nie poprawi się sama. Musimy ją wywalczyć solidarnym aktywizmem i konsekwentnym naciskiem społecznym i politycznym.


Przypisy:

1  Używane w tekście pojęcie „kobieta” oznacza także osoby z doświadczeniem życia kobiety i identyfikujące się jako kobiety.

2  Międzynarodowy Pakt Praw Osobistych i Politycznych, Międzynarodowy Pakt Praw Ekonomicznych, Socjalnych i Kulturalnych, Konwencja w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet, Europejska Konwencja Praw Człowieka.

- Advertisement -

Najnowsze

Kruchy pakt górników z rządem. Początek sprawiedliwej transformacji? Raczej gra pozorów

Porozumienie, które podpisano 25 września, po strajku w kilku kopalniach, mogło stać się pierwszym krokiem na drodze do sprawiedliwej transformacji Śląska. Wiele wskazuje jednak, że tak nie będzie.

Czterdzieści lat “Solidarności”: jak elity zdradziły robotników

Minęła kolejna dekada od czasu Porozumień Sierpniowych w 1980 r. Niestety narracja dominująca zarówno w mediach jak i w przekazie polityków konsekwentnie pomija robotniczy, klasowy charakter tamtych historycznych wydarzeń.

Newsletter prosto do Twojej skrzynki

Raz w miesiącu wyślemy Ci nasze najlepsze teksty z komentarzem od redakcji.



Administratorem danych osobowych jest Instrat - Fundacja Inicjatyw Strategicznych, ul. Oleandrów 7 lok.16, 00-629 Warszawa. Dane, które nam przekazujesz, wykorzystywane będą do informowania Ciebie o publikacjach i innych działaniach portalu Pospolita oraz w celach statystycznych. Informacja przekazywana będzie pocztą elektroniczną w postaci newslettera. Podanie danych osobowych jest dobrowolne, a jednocześnie konieczne do przekazania wymienionych treści. Masz prawo dostępu do przekazanych nam danych, prawo do ich usunięcia, aktualizacji, sprostowania, ograniczenia przetwarzania, a także prawo do wniesienia skargi do organu nadzorczego. Więcej w polityce prywatności.

Polecane analizy